Kategoria: Wiadomości

  • Samsung przygotowuje się do premiery nowych Galaxy. Jednego modelu ma zabraknąć

    Samsung przygotowuje się do premiery nowych Galaxy. Jednego modelu ma zabraknąć

    Wielka premiera nowych tabletów Samsunga zbliża się wielkimi krokami. Niestety, w tym roku czeka nas nie tylko wzrost jakości…


    Samsung intensywnie przygotowuje się do premiery tabletów z serii Galaxy Tab S12, ale najnowsze przecieki mogą ostudzić entuzjazm tych, którzy czekają na nowe urządzenia. Głównym problemem nie będzie sama specyfikacja, lecz… cena. Z ostatnich informacji wynika, że wstęp do świata flagowych tabletów Samsunga może stać się wyraźnie droższy. To zła wiadomość dla użytkowników, a fenomenalna dla… Apple!

    Samsung może zrezygnować z podstawowego modelu

    Najważniejszą zmianą w ofercie Galaxy Tab S12 będzie brak podstawowego modelu z ekranem o przekątnej około 11 cali. Oznacza to, że tegoroczna seria skupi się na dwóch urządzeniach: Galaxy Tab S12+ z ekranem 12,4 cala oraz Galaxy Tab S12 Ultra z ogromnym, jak na standardy tabletowe, wyświetlaczem 14,6 cala. Informacje o braku podstawowego wariantu pojawiają się w kilku przeciekach, ale dopóki Samsung nie ogłosi serii oficjalnie, pozostaje to w sferze spekulacji.

    Jeśli te doniesienia się potwierdzą, klienci mogą stanąć w obliczu poważnego dylematu. Do tej pory podstawowy model pełnił funkcję przystępniejszego wejścia do świata wysokiej klasy tabletów Samsunga. Jeżeli rzeczywiście zniknie z oferty, osoby poszukujące kompaktowego tabletu premium będą zmuszone wybrać większy i droższy wariant lub… zainteresować się urządzeniami z niższej półki.

    Zmiany mogą skierować klientów w stronę konkurencji

    Według przecieków, Galaxy Tab S12+ ma kosztować około 1100-1200 dolarów, podczas gdy model Ultra ma utrzymać ceny powyżej tej granicy. Dokładne ceny jeszcze nie zostały oficjalnie potwierdzone, dlatego należy traktować te wartości jako prognozy, a nie ostateczny cennik.

    Czytaj dalej poniżej

    Aktualizacja Samsunga na którą wszyscy czekają. Oto co się zmieni

    Jeśli jednak te informacje się potwierdzą, Samsung może samodzielnie skierować klientów ku Apple, których iPady od lat są synonimem tej kategorii urządzeń. Przy rosnących cenach flagowych tabletów, konsumenci mogą chętniej zwrócić się w stronę iPada, szczególnie jeśli zależy im na wydajności, długim wsparciu oprogramowania i rozbudowanym ekosystemie aplikacji.

    Specyfikacja wciąż wygląda obiecująco

    Wyższa cena może być częściowo uzasadniona zastosowanymi podzespołami. Galaxy Tab S12 Ultra ma otrzymać układ MediaTek Dimensity 9500, a przecieki sugerują również 12 GB pamięci RAM. Model Ultra powinien zachować 14,6-calowy ekran oraz baterię o pojemności 11 600 mAh. Tab S12+ ma natomiast oferować akumulator o pojemności około 10 600 mAh.

    Samsung potwierdził już, że seria Galaxy Tab S12 jest w planach premierowych firmy na drugą połowę 2026 roku. Obecnie wszystko wskazuje na to, że nowych tabletów doczekamy się w sklepach jeszcze we wrześniu. Największym pytaniem pozostaje więc nie to, czy Samsung przygotował wydajny tablet, lecz czy jego cena będzie konkurencyjna. Jeśli producent rzeczywiście podniesie próg wejścia do serii Galaxy Tab S, Apple może zyskać to, czego potrzebuje, aby jeszcze bardziej umocnić swoją pozycję na rynku tabletów premium… a jeśli Samsung będzie wciąż podnosił ceny w niższej półce: to dotyczy to nie tylko segmentu premium.

  • Fatalne wieści do GTA VI. Ktoś JUŻ ma grę i może wszystkim zepsuć zabawę przed premierą

    Fatalne wieści do GTA VI. Ktoś JUŻ ma grę i może wszystkim zepsuć zabawę przed premierą

    Jeżeli informacje ujawnione przez jednego z leakerów są prawdziwe, to znalazł on już działającą wersję gry GTA VI i… nie można wykluczyć, że nadchodzące ujawnienie wpłynie negatywnie na doświadczenia milionów graczy na kilka tygodni przed oficjalną premierą.

    Wokół Grand Theft Auto 6 ponownie zapanował szum. Tym razem nie chodzi jednak o kolejne spekulacje dotyczące fabuły czy rozmiarów świata gry, lecz o znacznie poważniejszy problem. Osoba działająca pod pseudonimem Cyberleek miała zaprezentować materiały sugerujące posiadanie grywalnej wersji nadchodzącej produkcji Rockstar Games. Warto podkreślić, że jest to jedna z najbardziej oczekiwanych gier wideo w historii.

    Kto ma dostęp do GTA 6 i czy skorzysta z tej możliwości?

    Jak podaje redakcja serwisu Polygon, najnowsze nagranie od Cyberleeka może wskazywać na posiadanie działającej wersji GTA 6. Rockstar Games na razie nie skomentowało tych doniesień, co sprawia, że autentyczność materiałów pozostaje kwestionowana. W przypadku tak oczekiwanej produkcji, każdy nowy przeciek powinien być traktowany z dużą ostrożnością, zwłaszcza gdy pochodzi od anonimowego źródła.

    Jeżeli jednak te informacje okażą się prawdziwe, mielibyśmy do czynienia z niezwykle poważnym wyciekiem. Grywalna wersja mogłaby dostarczyć znacznie więcej informacji niż pojedyncze nagrania czy zrzuty ekranu, którymi aktualnie obdarowuje nas leaker. Potencjalnie mogłaby ujawnić elementy rozgrywki, zawartość świata, misje, postacie, mechaniki oraz technologie, które nie zostały jeszcze oficjalnie zaprezentowane przez Rockstar, a jak wiadomo, firma ta jest znana ze swojej ostrożności.

    Czy Rockstar Games może stracić kontrolę nad sytuacją?

    Scenariusz taki stanowiłby ogromny problem dla studia. Grand Theft Auto 6 to jedna z najbardziej wyczekiwanych gier wszech czasów, a każdy wyciek może znacząco wpłynąć na kampanię marketingową oraz postawy graczy po premierze – prawdopodobnie unikanie spoilerów stanie się znacznie trudniejsze.

    Czytaj dalej poniżej

    Kiedy premiera PS6? Wypowiedź prezesa Sony nie napawa optymizmem

    Jak na razie nie ma jednak podstaw, aby uznawać udostępnione materiały za autentyczne. Rozsądne jest podchodzenie do nich z rezerwą i traktowanie ich jako niepotwierdzony przeciek: dopóki Rockstar Games nie odniesie się do sprawy, ani wiarygodne źródła nie dostarczą dodatkowych dowodów na to, że Cyberleek rzeczywiście dysponuje tymi informacjami. Jedno jest pewne: im bliżej premiery GTA 6, tym większe ryzyko pojawienia się kolejnych materiałów z nieoficjalnych źródeł. Jak wiele z nich okaże się fałszywych, a ile będzie rzeczywiście prawdziwych? To pozostaje do ustalenia.

  • YouTube walczy z Netfliksem. Twórcy dostali ultimatum

    YouTube walczy z Netfliksem. Twórcy dostali ultimatum

    YouTube chce zachęcić twórców do pozostania na platformie. W przeciwnym razie może wprowadzić nieprzyjemne konsekwencje.

    YouTube dostrzega poważne zagrożenie ze strony konkurencji. Platforma decyduje się na zdecydowane działania, oferując największym twórcom znaczne wsparcie finansowe oraz pomoc w tworzeniu treści, aby zatrzymać ich na swojej platformie. Jeśli te zachęty nie przynoszą rezultatów, YouTube nie waha się sięgnąć po bardziej drastyczne środki.

    YouTube kontra Netflix. W grze miliardy dolarów

    Przez długi czas model biznesowy YouTube był (przynajmniej w teorii) znacznie bardziej efektywny niż ten oferowany przez portale takie jak Netflix i inne platformy VOD. YouTube nie musiał wypłacać pieniędzy za tworzenie treści, ponieważ to sami twórcy zakładali kanały i publikowali swoje materiały, zarabiając na reklamach, z których dochód również przypadał platformie. Tak sytuacja trwała przez wiele lat, jednak obecnie realia uległy znaczącej zmianie. Popularni twórcy zaczęli otrzymywać bardzo atrakcyjne oferty z konkurencyjnych platform, stawiając YouTube przed poważnym wyzwaniem – jak zatrzymać twórców na platformie, gdy inne oferują znaczne wynagrodzenia? W tej grze pojawiły się ogromne pieniądze, ale YouTube nie polega tylko na zachętach, ma również w zanadrzu odpowiednie konsekwencje.

    Z informacji zawartych w raporcie Bloomberga wynika, że YouTube zainwestował znaczne sumy w ofertę dla twórców, zapewniając im wsparcie w produkcji treści oraz zobowiązując się do wypłaty milionów dolarów, aby pozostali na platformie. Warunki, które mają być dostępne dla największych influencerów, są porównywalne do tych proponowanych w Hollywood. Dodatkowo, twórcy zyskają dostęp do kontraktów z dużymi markami, co stanowi dodatkową motywację finansową. Na ten moment nie podpisano jeszcze umów z żadnym z kreatorów, ale wkrótce mogą się pojawić wiadomości o nowych umowach.

    Jednak to tylko jedna strona umowy – chodzi o tworzenie treści na wyłączność w zamian za znaczące korzyści. Co, jeśli znany twórca zdecyduje się na współpracę z konkurencją, na przykład Netflixem? YouTube ostrzega, że publikowanie filmów na innych platformach może negatywnie wpłynąć na ich wyniki na YouTube. Zawarcie umowy z konkurencją może skutkować utratą wsparcia marketingowego czy możliwości udziału w kluczowych wydarzeniach organizowanych przez YouTube.

    Czytaj dalej poniżej


    Tańszy abonament YouTube także w Polsce!

    Netflix to coraz większy konkurent dla YouTube

    Jeszcze kilka lat temu taka sytuacja wydawała się nie do pomyślenia, a obecnie Netflix staje się poważnym konkurentem dla YouTube. Posiadając ponad 300 milionów użytkowników, platforma z impetem wkracza nie tylko na rynek seriali i filmów, ale także zdobywa nowe segmenty. Ostatnio Netflix zawarł umowy z kilkoma twórcami (takimi jak Alan Chikin Chow i Nick DiGiovanni) na publikowanie ich treści równocześnie z premierą na YouTube. To pozwala Netflixowi na częściowe przejęcie widowni YouTube, a także zachęcenie ich do pozostania na platformie i subskrybowania usług Netflixa.

    W obliczu takiego scenariusza, YouTube stara się chronić swoją pozycję na rynku, wprowadzając finansowe zachęty i różnorodne kontrakty. Chce również wskazać na potencjalne zagrożenia dla twórców, którzy zdecydują się na współpracę z konkurencją. To wyraźnie pokazuje, jak bardzo zmieniły się czasy i sposób, w jaki konsumowane są treści. Kiedyś pozycja YouTube była niepodważalna, a nawet rozwój platform streamingowych nie wydawał się jej zagrażać. Obecnie możemy zaobserwować, że telewizor ponownie staje się źródłem domowej rozrywki, w tym konsumpcji treści internetowych. Chociaż tradycyjne stacje telewizyjne ustępują pola internetowi, telewizory zyskują nowe funkcje, co sprawia, że rynek mediów staje się coraz bardziej interesujący.

  • Tegoroczny Apple Watch z elegancką nowością. Będzie kosztować krocie

    Tegoroczny Apple Watch z elegancką nowością. Będzie kosztować krocie

    Apple Watch z ceramiczną kopertą był kiedyś symbolem luksusu. Z najnowszych informacji dowiadujemy się, że wariant premium ma niebawem powrócić.

    O nadchodzącym Apple Watchu serii 12 mówi się raczej bez ekscytacji, ponieważ będzie to – jak co roku – drobna ewolucja obecnego modelu. Nie spodziewamy się więc nowych funkcji ani odmiennego designu, jednak istnieje jedna rzecz, która powinna zainteresować potencjalnych nabywców. Mowa o materiale, z którym Apple ma skomplikowaną relację – ceramika, która raz wraca, a raz znika na lata. Jeśli doniesienia się potwierdzą, to powłoka ceramiczna wróci w Apple Watchu 12.

    Apple Watch dla bogaczy – materiał premium ma powrócić w tym roku

    Ceramiczna koperta po raz pierwszy zadebiutowała w 2016 roku wraz z premierą Apple Watch Series 2. Przyznam szczerze, że byłem mocno zainteresowany tym modelem, jednak cena 6549 zł za wersję 42 mm skutecznie zniechęcała mnie do zakupu. Wykończenie premium było dostępne w Apple Watchach do 2017 roku, a powróciło w 2019 roku wraz z Apple Watch Series 5. Niestety, rok później Apple ponownie zrezygnowało z ceramiki, a sytuacja ta trwa do dziś. Zdaniem znanego z przecieków Kosutami, w tegorocznym modelu droga wersja ceramiczna ma znowu się pojawić.

    Podobne spekulacje przekazał już wcześniej Mark Gurman, sugerując, że ceramika może pojawić się w zegarkach Apple w tym lub w przyszłym roku. Jaką cenę Apple może ustalić za wariant premium? Ostatnio wyceniono go na 1299 dolarów, jednak biorąc pod uwagę podwyżki nie tylko w Apple, ale w całym segmencie elektroniki użytkowej, możemy oczekiwać, że cena będzie znacznie wyższa.

    Czytaj dalej poniżej

    Apple zapowiada zmiany, które uderzą także w Polaków
  • Obowiązkowa aktualizacja Android Auto. Rozwiązuje irytujący problem

    Obowiązkowa aktualizacja Android Auto. Rozwiązuje irytujący problem

    Google w końcu ogłosiło, że znalazło rozwiązanie. Nowa aktualizacja ma naprawić problem z losowym rozłączaniem.


    Od około dwóch miesięcy użytkownicy Android Auto zgłaszają problemy z losowym rozłączaniem i ogólną stabilnością aplikacji. Usterki występują w różnych modelach urządzeń, bez wyraźnej przyczyny, jednak Google wydaje się mieć rozwiązanie. Wystarczy zaktualizować aplikację do najnowszej wersji.

    Problem może wystąpić podczas jazdy – jak najszybciej zaktualizujcie Android Auto

    Jeżeli w ostatnich dniach zauważyłeś problemy z rozłączaniem i zawieszaniem Android Auto, nie jesteś sam. W Internecie znajduje się wiele skarg użytkowników – szczególnie na Reddicie można znaleźć obszerne opisy problemu, który pojawił się po aktualizacji do Androida 17, gdzie połączenie bezprzewodowe zrywa się co kilka minut, a niekiedy aplikacja wchodzi w pętlę restartów co kilkanaście sekund.

    Zgłoszenia dotyczą głównie telefonów Pixel oraz flagowców firmy Samsung, aczkolwiek problem pojawia się także na innych urządzeniach. Użytkownicy wyrażają swoje niezadowolenie także w odniesieniu do wsparcia Google, które w przypadku problemów z połączeniem bezprzewodowym odsyła do instrukcji dotyczących połączeń kablowych. Na szczęście coraz więcej wskazuje na to, że problem został rozwiązany w najnowszej aktualizacji. Warto więc zaktualizować Android Auto z poziomu Sklepu Play, aby uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek podczas podróży. Co ciekawe, jest to już czwarta zapowiadana w tym roku poprawka rozwiązująca ten sam problem – miejmy nadzieję, że tym razem będzie w pełni skuteczna.

    Dziękujemy za Wasze opinie. Z radością informujemy, że zespół opracował poprawkę. Proszę zaktualizować aplikację Android Auto do najnowszej wersji (17.4 lub nowszej), co powinno rozwiązać problem – Community Specialist Google

    Czytaj dalej poniżej


    Te telefony z Androidem stracą dostęp do YouTube i aplikacji Google
  • Hit Parkside dzisiaj znacznie taniej! Taka okazja się nie powtórzy

    Hit Parkside dzisiaj znacznie taniej! Taka okazja się nie powtórzy

    Internetowy sklep Lidla ma dla miłośników sprzętów Parkside coś wyjątkowego. To doskonała pomoc w powakacyjnych porządkach.

    Oficjalny sklep internetowy Lidla nie ogranicza się jedynie do produktów z kategorii dom, wyposażenie, kuchnia, gotowanie, sport i wypoczynek, czy moda i akcesoria. W ofercie znajdują się również liczne produkty, które będą nieocenione w warsztacie oraz ogrodzie. Wśród nich znalazły się popularne narzędzia Parkside, które zdobyły uznanie wielu majsterkowiczów. Już w najbliższą sobotę w stacjonarnych sklepach Lidla rozpoczyna się promocja na produkty Parkside. Dodatkowo, internetowy sklep Lidla organizuje własną promocję, w ramach której w atrakcyjnej cenie można zakupić m.in. myjkę wysokociśnieniową PHD 135 H7, której cena wynosi obecnie jedynie 199 zł.

    Parkside PHD 135 H7 w atrakcyjnej cenie – promocja tylko w Lidlu

    Myjka wysokociśnieniowa Parkside PHD 135 H7 to praktyczne urządzenie, które doskonale sprawdzi się do szybkie i efektywnego czyszczenia samochodu, tarasu, mebli ogrodowych, kostki brukowej czy innych powierzchni wokół domu. Silnik o mocy 1800 W generuje maksymalne ciśnienie 135 barów oraz umożliwia przepływ wody na poziomie 420 l/h. Dzięki takim parametrom sprzęt skutecznie radzi sobie nie tylko z kurzem i błotem, ale także z bardziej uporczywymi, zaschniętymi zabrudzeniami, które są trudne do usunięcia tradycyjnymi metodami. W zestawie znajduje się kilka akcesoriów, które umożliwiają dostosowanie sposobu czyszczenia do konkretnych zadań.

    Dysza rotacyjna Turbo jest idealna do usuwania trudnych zabrudzeń, standardowa końcówka sprawdzi się w codziennym myciu, a pianownica o pojemności 0,6 l umożliwia wygodne nanoszenie detergentu na zabrudzone powierzchnie. Dzięki systemowi Quick-Connect możliwa jest szybka wymiana poszczególnych elementów bez przerywania pracy. Wygodne użytkowanie zapewnia także 7-metrowy wąż Anti-Twist, który ogranicza skręcanie się podczas manewrowania wokół samochodu lub domu. Urządzenie wyposażone jest w funkcję Auto-Start-Stop, ergonomiczny pistolet z blokadą bezpieczeństwa oraz uchwyty na akcesoria. Dodatkowo, duże koła, wysuwana rączka oraz waga około 7,5 kg ułatwiają transport oraz przechowywanie urządzenia.

    Czytaj dalej poniżej

    Biegnij do Action. Takich okazji dawno nie było
  • Tak właśnie powinno wyglądać ogrzewanie w każdym domu. Uczmy się od Finów

    Tak właśnie powinno wyglądać ogrzewanie w każdym domu. Uczmy się od Finów

    Lit jest w ograniczonej ilości, podczas gdy zapotrzebowanie na niego nadal rośnie. Odnawialne źródła energii wymagają jednak odpowiednich rozwiązań w zakresie magazynowania uzyskanych zasobów. W obliczu tych wyzwań, Finlandia wydaje się mieć efektywne rozwiązanie!

    W fińskim Pornainen energia jest przechowywana w ogromnym zbiorniku wypełnionym kruszonym kamieniem, a następnie wykorzystywana jako ciepło dla mieszkańców. Po roku działania, instalacja osiągnęła zakładaną redukcję emisji i pokazuje, jak długoterminowe magazyny ciepła mogą być korzystniejsze niż lit.

    „Kamienną baterię” zbudowano przez firmę Polar Night Energy dla operatora Loviisan Lämpö. Instalacja została uruchomiona w Pornainen w czerwcu poprzedniego roku. Już po roku producent poinformował, że system działa bez zarzutu, osiągając efektywność przekraczającą 85 procent, nigdy nie przerywając dostaw ciepła. Taka bateria stała się głównym źródłem dla lokalnej sieci ciepłowniczej, zasilając m.in. szkołę, urząd gminy, bibliotekę i prywatne domy. Choć nie nadaje się do ładowania smartfona, dostarczanie ciepła do mieszkań bez użycia pieców czy kotłów gazowych jest ogromną zaletą. Odczuwalną, komfortową i potwierdzoną przez liczby.

    Dwa tysiące ton steatytu

    Jak wygląda taka bateria? To stalowy silos o wysokości 13 metrów i szerokości 15 metrów, wypełniony około 2000 ton rozdrobnionego steatytu, znanego również jako mydlany kamień. Materiał ten składa się głównie z talku i wyróżnia się doskonałymi właściwościami magazynowania ciepła. Surowiec ten pozyskuje się z odpadów powstających podczas produkcji akumulacyjnych kominków fińskiej firmy Tulikivi, co eliminuje potrzebę pozyskiwania specjalnego materiału.

    Ale jak podgrzać ten kamień? W tym celu wykorzystuje się grzałki oporowe, które ogrzewają powietrze krążące w zamkniętym obiegu za pomocą energii elektrycznej. Gorące powietrze przekazuje energię kamieniom, a podczas rozładowania proces działa w przeciwnym kierunku. Wymiennik ciepła ogrzewa wodę w miejskiej sieci ciepłowniczej. Instalacja jest stosunkowo prosta w swoim działaniu.

    Czytaj dalej poniżej

    Zniszczyli ponad 100 nowych MacBooków Pro. Powód szokuje

    Bateria może pomieścić nawet 100 MWh energii cieplnej i oddawać ją z mocą do 1 MW. To odpowiada miesięcznemu zapotrzebowaniu Pornainen latem, a w zimie wystarcza na tydzień. Duża masa oraz zastosowana izolacja znacząco ograniczają niepożądane straty energii, co pozwala na długoterminowe magazynowanie energii, nawet przez dni czy tygodnie. Tradycyjne baterie litowo-jonowe projektowane są zwykle na kilka godzin pracy, natomiast fińska instalacja dostarcza głównie ciepło. Specjalizacja tego rozwiązania eliminuje kosztowną konwersję ciepła na energię elektryczną, a każda konwersja wymaga dodatkowych nakładów.

    Tak wygląda steatyt, który stanowi „bazę” dla magazynowania ciepła w baterii.

    Bateria jest w stanie nawet… zarabiać

    Model działania baterii wykorzystuje zmienność cen energii. Loviisan Lämpö zazwyczaj ładuje instalację, gdy nadmiar energii z wiatru i słońca obniża ceny na rynku, a ciepło pobierane jest później zgodnie z zapotrzebowaniem sieci. Całość jest optymalizowana przez oprogramowanie, które uwzględnia ceny oraz udział w rynku rezerw operatora Fingrid. Według danych, w pierwszym roku energię do ładowania kupowano średnio o 70-80% taniej w stosunku do przeciętnych cen. W niektórych miesiącach różnica przekraczała 90%.

    Osiągnięto również znaczące korzyści środowiskowe: emisje gazów cieplarnianych z sieci spadły o około 70% w porównaniu do wcześniejszych rozwiązań. Zużycie drewna zmniejszyło się o około 60%, a olej nie jest już potrzebny podczas normalnej pracy bez awarii. Starszy kocioł na biomasę pełni teraz rolę rezerwy, uruchamianego przy ekstremalnym zapotrzebowaniu. Operator nie wyeliminował więc emisyjnych metod, lecz zmienił kolejność ich wykorzystania. Spalanie pozostawiono jako zabezpieczenie.

    Sam projekt baterii jest „wielki”, ale przynosi też znaczne korzyści. To zdecydowanie lepsze rozwiązanie niż tradycyjne metody ogrzewania, które wymagają używania drewna, węgla oraz konieczności martwienia się o ciepło w zimne miesiące. Polacy, uczcie się od Finów: ich warunki są znacznie trudniejsze, ponieważ w Finlandii zima bywa naprawdę surowa.

    To nie jest uniwersalna bateria

    Ponowne przekształcanie energii elektrycznej z przechowanego ciepła jest skomplikowane i mniej efektywne, jednak producent nadal rozwija takie systemy. Bateria w Pornainen nie zasili więc „elektryka” ani nie zastąpi akumulatorów stabilizujących sieć w krótkich okresach czasu… ale i tak robi wrażenie. Potrzebuje także sporo miejsca i konkretnego profilu odbiorcy. Najlepiej sprawdza się w sieciach ciepłowniczych oraz w procesach przemysłowych; budowanie i utrzymywanie jej dla pojedynczych domów nie jest opłacalne.

    Czytaj również: Naukowcy odkryli nową metodę łatwej regeneracji baterii litowo-jonowych.

    Finlandia z powodzeniem wdrożyła ten innowacyjny model. Ale czy jest możliwy wszędzie? Ostateczne efekty zależą od cen energii, lokalnego miksu energetycznego, zapotrzebowania na ciepło i obecnej infrastruktury. Mamy tutaj jednak istotny dowód na sukces, ponieważ system działał nieprzerwanie, wykorzystując tani prąd w dogodnych porach i ograniczając emisję paliw toksycznych. Nie użyto również surowców krytycznych, które z jednej strony są wyczerpywane, a z drugiej potrzebne w innych dziedzinach. Specjalizacja ma więc zarówno swoje wady, jak i zalety: choć nie dostarczymy z niej energii elektrycznej, to dostarczamy ciepło do mieszkań bez problemu!

  • To pierwszy raz, gdy komputer kwantowy osiąga taki wynik. Święty Graal odnaleziony?

    To pierwszy raz, gdy komputer kwantowy osiąga taki wynik. Święty Graal odnaleziony?

    Maszyna firmy IBM wygenerowała próbki z obwodu w czasie 16,1 minuty, co stanowi znaczące osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że dla standardowych komputerów byłoby to zadanie bardzo skomplikowane. Kluczowym elementem tego przedsięwzięcia było ustalenie dolnego progu statystycznej wierności obliczeń bez konieczności powtarzania całego eksperymentu, jak to miało miejsce w metodach klasycznych.


    Zespół badawczy z IBM Research oraz Uniwersytetu w Chicago podzielił się swoim osiągnięciem w preprincie opublikowanym na platformie arXiv. Nie chodzi tutaj o tworzenie molekuł, poszukiwanie nowych leków czy rozwiązywanie problemów genetycznych, lecz o zadanie z zakresu próbkowania, skonstruowane w celu sprawdzenia granic klasycznych symulacji. Jak zauważają autorzy, eksperyment ten ma na celu demonstrowanie „przewagi kwantowej”: jego trudność wynika z ustaleń teoretycznych, a błędy sprzętowe były kontrolowane, co pozwoliło na ocenę wiarygodności wykonania. To kluczowy element, który odróżnia to osiągnięcie od wcześniejszych demonstracji.

    Kto zweryfikuje Twój wynik?

    Losowy rozkład próbkowania stał się popularnym testem zdolności komputerów kwantowych. W ramach tego testu maszyna generuje rozkład wyników, którego odtworzenie staje się niezwykle trudne (i kosztowne) dla komputerów klasycznych. Jeśli klasyczna maszyna nie ma szans powtórzyć tych samych obliczeń, pojawia się pytanie, jak sprawdzić, czy kwantowy odpowiednik wykonał obliczenia poprawnie. Używane wskaźniki wierności często opierają się na założeniach dotyczących rozkładów szumów i ich charakterystyki. Zasada jest prosta: im trudniejsze zadanie, tym trudniejsza jego weryfikacja przypomina próbę „wygenerowania” klucza do zamka. W tym kontekście ważne jest posiadanie odpowiedniego wzorca, który oceni dokładność maszyny kwantowej w generowaniu spreparowanego klucza. Musimy mieć metodę porównawczą, aby stwierdzić: „maszyna kwantowa wykonała zadanie dobrze”. Interesuje nas także nie tylko to, czy zadanie zostało wykonane, ale także, czy było to wykonane dokładnie.

    Autorzy użyli próbkowania z obwodów Clifforda wzbogaconych o bramki T. Stan generowany przez taki obwód Clifforda można dodatkowo kontrolować klasycznie, a pomiary ujawniają część błędów, które występują podczas działania systemu. Następnie naukowcy dodali 468 bramek T, co zwiększyło tzw. „magiczność” stanu, zachowując jednocześnie strukturę mechanizmu detekcji błędów.

    Porównanie obu wariantów umożliwiło wyznaczenie dolnej granicy wierności stanu, zamiast obliczania pełnego wyniku będącego wzorcem. Metoda ta jest w stanie tolerować silniejsze szumy, w tym te mniej równomierne niż w przypadku wcześniejszych testów, chociaż wciąż zakłada model błędów Pauliego.

    Czytaj dalej poniżej


    Kupujesz nowy komputer? Wcale nie jest taki nowy...

    97 fizycznych kubitów

    Eksperyment przeprowadzono na nadprzewodnikowym procesorze IBM-a Boston, który pracuje z 70 kubitami dla danych i 27 stanowiącymi elementy pomocnicze. Obwód związany był z 2415 operacjami CZ, a kolejne 454 dedykowane były do sprzęgania kubitów pomocniczych podczas odczytu syndromów. Kod czasoprzestrzenny wykrywał 92 proc. błędów pierwszego rzędu, obniżając efektywny współczynnik błędów CZ do 1,8 x 10^-4, co jest około dziesięć razy lepsze niż w przypadku obliczeń fizycznych przeprowadzanych przez maszynę. Wyznaczenie dolnej granicy wierności końcowego stanu osiągnięto na poziomie 0,284 przy 95-procentowym poziomie ufności.

    Jednak takie osiągnięcia mają swoją cenę, której nikt nam nie odda – czas: selekcja na podstawie syndromów zmniejszyła efektywne tempo próbkowania około 860 razy. Po odrzuceniu pomiarów, które wykazywały błędy, pozostało 2051 próbek, zebranych w ciągu 16,1 minuty pracy w ramach badanych obwodów.

    Warto jednak podkreślić, że cały proces nie zakończył się w kwadrans. Walidacja w postaci pomiarów różnych wariantów była przeprowadzana przez… osiem godzin, aby nawet subtelne zmiany parametrów urządzenia wpływały na wyniki w podobny sposób. 16,1 minuty odnosi się do najtrudniejszej obliczeniowo części, a nie pełnego procesu przygotowania, kalibracji maszyny i późniejszego sprawdzenia rezultatu eksperymentu.

    Demonstracja jest mocna. Ale czy to werdykt rozstrzygający?

    Aby potwierdzić swoje twierdzenia, autorzy przeanalizowali także istotne techniki symulacji oparte na sieciach tensorowych, rozkładach stabilizatorowych oraz metodach hybrydowych. Dla obwodu łączącego silne splątania z 468 bramkami T, żadna z rozpatrywanych metod nie okazała się skuteczna. Nie oznacza to jednak, że wszystkie obecne i przyszłe metody klasyczne muszą przegrać w porównaniu do tej konkretnej. Autorzy podkreślają, że lepsze algorytmy i klasyczne maszyny mogą z czasem zmienić oszacowanie „kosztu” przeprowadzenia takiej symulacji.

    Czytaj także: Potężny komputer kwantowy już wkrótce w Polsce. To będzie duma Zielonej Góry.

    Zanim jednak uruchomimy wszelkie fanfary, należy pamiętać, że mamy do czynienia z preprincem, a nawet certyfikowany wynik nie weryfikuje rezultatu całkowicie niezależnie od podstawowych założeń dotyczących samego komputera kwantowego. Wprowadzone rozwiązania skutecznie wykrywają błędy i eliminują nieudane przebiegi, jednak wiemy również, że przy dalszym skalowaniu narzut związany z tak radykalną selekcją stanie się przeszkodą dla większości laboratoriów zajmujących się komputerami kwantowymi.

    IBM osiągnął coś wyjątkowego, ale jednocześnie nie dostarczył uniwersalnej, odpornej na błędy maszyny, gotowej do rozwiązywania problemów przemysłowych na szeroką skalę. Zrevealedł natomiast, że trudność, tłumienie błędów oraz ilościowa ocena wiarygodności wyników mogą być ze sobą kompatybilne: a właśnie tego brakowało w wykazywaniu niepodważalnej przewagi metod kwantowych nad klasycznymi.

  • Samsung zapowiada ważną aktualizację. Padł konkretny termin

    Samsung zapowiada ważną aktualizację. Padł konkretny termin

    Samsung kilka dni temu potwierdził, że problem z czerwonym zabarwieniem wyświetlacza w smartfonach Galaxy S26 Ultra nie wynika z usterek sprzętowych, lecz z problemów z oprogramowaniem. Teraz firma oficjalnie ogłasza aktualizację, która ma na celu rozwiązanie tego problemu – zadebiutuje ona jeszcze w sierpniu.

    Użytkownicy zgłaszali, że ekran ich urządzeń czasami przyjmuje czerwony odcień, co staje się szczególnie widoczne podczas przeglądania jasnych treści i korzystania z telefonu przy niskiej jasności. Wcześniejsze spekulacje sugerowały, że może to być związane z funkcją Privacy Display, oferowaną w flagowym modelu Samsunga. Jednak po przeprowadzeniu wewnętrznego dochodzenia, firma stwierdziła, że problem z odwzorowaniem kolorów nie jest wynikiem wadliwego panelu AMOLED, a jest spowodowany oprogramowaniem odpowiedzialnym za kalibrację kolorów. Dobra wiadomość dla właścicieli tego modelu to fakt, że poprawka nie wymaga wymiany ekranu ani oddawania urządzenia do serwisu.

    Źródło: https://www.reddit.com/r/galaxys26ultra/comments/1uv8jh8/a_red_tint_issue_on_the_s26_ultra_display_please/

    Aktualizacja w drodze. Użytkownicy mogą ją otrzymać jeszcze w tym miesiącu

    Z informacji przekazanych przez Samsunga wynika, że rozwiązanie trafi do użytkowników z nadchodzącą aktualizacją systemu. Firma informuje, że wydanie zawierające poprawkę pojawi się po publikacji wewnętrznej kompilacji oznaczonej jako ZH3, zaplanowanej na 20 sierpnia. To oznacza, że stabilne oprogramowanie może być dostępne dla posiadaczy Galaxy S26 Ultra jeszcze pod koniec miesiąca.


    Warto jednak mieć na uwadze, że Samsung wprowadza aktualizacje etapami. Oznacza to, że część użytkowników może otrzymać nową wersję oprogramowania wcześniej, inni mogą musieć czekać kilka dni lub nawet tygodni. Termin ten zależy od kraju, variantu oprogramowania oraz ewentualnej akceptacji aktualizacji przez operatorów.

    Doraźne rozwiązanie: co mogą zrobić poszkodowani już teraz?

    Do czasu udostępnienia aktualizacji, Samsung proponuje tymczasową kalibrację kolorów w autoryzowanych centrach serwisowych. To rozwiązanie może być pomocne dla osób, dla których czerwony odcień ekranu jest szczególnie uciążliwy. Docelowo jednak problem ma być rozwiązany przez aktualizację systemową. To niewielkie pocieszenie, zwłaszcza że mówimy o smartfonie, którego cena zaczyna się od 5899 zł, a kończy na 7539 zł. To jedna z tych sytuacji, które (podobno) da się naprawić za pomocą aktualizacji, ale prawda jest taka, że takie problemy nie powinny miały miejsca w ogóle…

    Czytaj dalej poniżej


    Tańszy smartfon Samsunga "wygrywa" z flagowcem w kwestii aktualizacji

  • Darmowa nawigacja od T-Mobile. Oto jak odebrać mapy

    Darmowa nawigacja od T-Mobile. Oto jak odebrać mapy

    T-Mobile wraca do nas z kolejną ofertą, która jest przeznaczona dla uczestników programu Magenta Moments. Tym razem nie są to jednak pakiet danych, al…


    T-Mobile wprowadza nową ofertę skierowaną do uczestników programu Magenta Moments. Tym razem zamiast klasycznego pakietu danych, operator proponuje coś ciekawego oraz bezpłatnego. Już teraz możecie korzystać z darmowej nawigacji po Polsce przez dwa miesiące – wszystko bez dodatkowych opłat, aczkolwiek z pewnym zastrzeżeniem, o którym warto wspomnieć.

    Darmowe mapy od T-Mobile

    Wysokiej jakości nawigacja jest nieocenionym wsparciem podczas podróży, zwłaszcza po Polsce. T-Mobile wychodzi naprzeciw oczekiwaniom użytkowników, oferując specjalną promocję. Klienci biorący udział w programie Magenta Moments mogą aktywować darmowe mapy Polski w aplikacji mobilnej przez 60 dni, bez żadnych opłat. Aktywacja usługi odbywa się poprzez otrzymanie odpowiedniego SMS-a – od momentu jego otrzymania, użytkownicy zyskują dostęp do map.

    Należy pamiętać, że promocja nie łączy się z innymi ofertami, co oznacza, że osoby korzystające już z innych usług nawigacyjnych od operatora nie będą mogły z niej skorzystać.

    Macie czas na aktywację promocji do 28 lutego 2027 roku. Każdy użytkownik ma prawo do jednorazowej aktywacji, więc warto to odpowiednio zaplanować, szczególnie na wakacyjny wyjazd, kiedy nawigacja będzie szczególnie przydatna.

    Czytaj dalej poniżej


    Starlink wyrzucił Polskę z Europy. Już wróciliśmy
    Dusseldorf, Niemcy – 18 lutego 2020: Logo T-Mobile nad wejściem do jednego ze sklepów w Dusseldorfie, Niemcy.

    Uwaga na haczyk, ponieważ możesz ponieść opłatę

    Warto zwrócić uwagę na jeden istotny detal tego oferowanego pakietu. Chociaż promocyjne dwa miesiące korzystania z nawigacji od T-Mobile są darmowe, akceptując tę usługę, zgadzamy się na automatyczne jej przedłużenie po zakończeniu okresu promocyjnego. Przed zakończeniem darmowego okresu użytkownicy otrzymają stosowną informację z przewidywanym kosztem miesięcznym, który dla abonentów wyniesie 13,99 zł za 30 dni. Na szczęście nikt nie jest zobowiązany do kontynuowania subskrypcji, a z usługi można zrezygnować w dowolnym momencie, co pozwoli nam uniknąć dodatkowych kosztów. Rezygnując przed terminem, usługa nadal działa do końca darmowego okresu.

    Zgodnie z regulaminem promocji, aby zakończyć usługę (w dowolnym momencie), wystarczy wysłać bezpłatny SMS o treści NAWIGACJA60 ANULUJ na numer 8017. Dzięki temu zabezpieczymy się przed niepożądanymi kosztami, jeśli nie zamierzamy dalej korzystać z nawigacji oferowanej przez T-Mobile.

    Dodatkowe promocje i Uber One za darmo od T-Mobile

    Nie jest to jedyna oferta przygotowana przez T-Mobile dla swoich klientów w sierpniu. Do końca miesiąca można odebrać aż pół roku darmowej subskrypcji Uber One. Jakie korzyści zyskujemy w ramach tego pakietu? Przede wszystkim zniżki na przejazdy oraz dostawy jedzenia. Sam koszt usługi to 12,99 zł miesięcznie, co oznacza, że w promocyjnej ofercie możemy zaoszczędzić niemal 78 zł. To znakomita okazja zwłaszcza dla tych, którzy korzystają z Ubera sporadycznie lub regularnie. W końcu, skoro pakiet jest całkowicie darmowy, nie powinno się go przegapić.

    Promocja jest również dostępna dla uczestników programu Magenta Moments – ofertę można znaleźć w aplikacji i tam ją aktywować. Darmowy pakiet traktowany jest jako okres próbny, więc może okazać się, że nie zadziała, jeśli już posiadamy podobną subskrypcję. W takim przypadku warto najpierw zrezygnować z dotychczasowej oferty, a następnie spróbować aktywować promocję na 6 miesięcy od T-Mobile. Aby uniknąć automatycznego przedłużenia subskrypcji, można zrezygnować z usługi przed upływem terminu bez żadnych konsekwencji.