Kategoria: Wiadomości

  • Recenzja Captain Tsubasa 2: World Fighters. Kapitan Jastrząb wraca w wielkim stylu?

    Recenzja Captain Tsubasa 2: World Fighters. Kapitan Jastrząb wraca w wielkim stylu?

    Captain Tsubasa 2: World Fighters to z jednej strony gra o piłce nożnej, ale nie spędzimy tutaj na boisku tyle czasu, ile można by się spodziewać. Zamiast tego twórcy serwują nam sporo historii, rozmów oraz pozwalają lepiej poznać kultowych bohaterów. Co jednak z samym graniem?


    W growym wydaniu Tsubasa wrócił w 2020 roku za sprawą całkiem udanego Rise of New Champions. Produkcja ta miała swoje bolączki, ale w ogólnym rozrachunku spotkała się z uznaniem fanów. Na pełnoprawną kontynuację od studia Tamsoft trzeba było jednak czekać aż sześć lat. Captain Tsubasa 2: World Fighters zadebiutował 27 sierpnia na wszystkich głównych platformach i opowiada o Młodzieżowych Mistrzostwach Świata, czyli historii, która nigdy nie doczekała się anime.

    Powieść wizualna przeplatana piłką nożną

    Zabawę rozpoczynamy od stworzenia własnego zawodnika w kreatorze stylizowanym na kreskę autora mangi. Nasz bohater zaczyna karierę w brazylijskim São Paulo u boku Tsubasy, wraca do Japonii, a następnie przebija się przez azjatyckie eliminacje aż do młodzieżowych mistrzostw świata. Nad scenariuszem czuwał sam Yoichi Takahashi, który dopisał do znanej historii świeże wątki oraz zupełnie nowych rywali. Po drodze odblokowujemy jeszcze epizody poboczne, które budują relacje z resztą kadry, a po napisach końcowych pojawiają się alternatywne ścieżki typu „co by było, gdyby”. Łącznie zawartości starcza na około 20-25 godzin.

    Jest jednak jedno „ale”, bo fabułę podano tutaj w formie mocno zbliżonej do powieści wizualnej. Statyczne dialogi potrafią ciągnąć się kwadransami, a w dodatku niewiele z nich wynika, bo większość to motywacyjne przemowy, zagrzewanie się do walki i sporo infantylizmów. W rezultacie więcej jest tutaj czytania niż samego grania w piłkę, przez co napięcie z boiska ucieka gdzieś między kolejnymi okienkami. Fanów mangi to pewnie nie odstraszy, ale pozostali mogą czuć się trochę przytłoczeni.

    Zapomnijcie o przepisach

    Na boisku nie ma sędziego, fauli ani kartek. Możemy bezkarnie taranować rywali i wjeżdżać wślizgiem od tyłu, a mecz przypomina bardziej serię pojedynków jeden na jednego niż tradycyjną piłkę. Kluczowa jest tutaj wytrzymałość – każdy zawodnik ma bowiem pasek, z którego zużywamy energię na dryblingi, wślizgi i techniki. Jeżeli drybler ma jeszcze siły, utrzyma się przy piłce mimo wślizgu; jeżeli pasek spadł do zera, odda futbolówkę bez walki.

    Do tego dochodzi mnożnik nabijany udanymi akcjami wykonywanymi jedna po drugiej. Im wyższy poziom łańcucha, tym mocniejsze strzały i szybsze ładowanie technik specjalnych. Haczyk? Strata piłki oddaje cały wypracowany bonus rywalowi, więc defensywna gra po prostu się tutaj nie opłaca.

    A to nie wszystko, ponieważ swoje techniki specjalne dostała tym razem każda formacja – od superstrzałów, przez superpodania i superdryblingi, aż po superwślizgi i superbloki obrońców. Łącznie jest ich ponad 150, a w drugiej połowie meczu ładują się na tyle szybko, że obie drużyny zaczynają wymieniać się nimi bez opamiętania.

    Najciekawiej wypadają jednak starcia z bramkarzami, które przebudowano tutaj od podstaw. Golkiper nie jest już zwykłym skryptem, tylko przeciwnikiem z paskiem zdrowia, który trzeba systematycznie zbijać. Przy każdym strzale celujemy w jedną z sześciu stref bramki, a broniący typuje w tym samym czasie kierunek. Nie jest to zbyt trudne, bo wystarczy obserwować trajektorię lotu piłki. Trafna decyzja pozwala na efektowną obronę niemal za darmo, zaś pomyłka kosztuje bramkarza ogrom wytrzymałości. Jeżeli natomiast strzał okaże się zbyt potężny, pasek spada do zera i kolejna próba to już niemal pewny gol.

    Sama rozgrywka jest szalenie widowiskowa i daje mnóstwo frajdy. Sęk w tym, że po kilkunastu godzinach zaczyna jej brakować głębi. Mecze odbywają się wciąż tym samym schematem, a chwilami na ekranie dzieje się tyle, że trudno wyłapać, kto właściwie jest przy piłce.

    Poza kampanią do dyspozycji oddano nam tylko pojedyncze mecze komputerowymi przeciwnikami, kanapowe starcia 1 na 1 oraz tryb online – rankingowy oraz prywatny. Zabrakło tutaj choćby prostego trybu turniejowego, w którym można by rozegrać ze znajomymi własny mundial. Szkoda, bo 22 reprezentacje i ponad 110 postaci aż się o to proszą.

    Oprawa i wydajność

    Wizualnie nie ma się tutaj do czego przyczepić. Cel shading wiernie oddaje kreskę pierwowzoru, a animacje technik specjalnych wyglądają jak żywcem wyjęte z anime – z piłką dziurawiącą siatkę włącznie. Muzykę ponownie skomponował Tadayoshi Makino, który przygotował na potrzeby gry ponad 100 utworów. Jest nawet wbudowana encyklopedia, w której odsłuchamy ścieżkę dźwiękową oraz obejrzymy odblokowane cut-scenki.

    Pełny dubbing dostały wyłącznie wersje japońska i koreańska. Co jednak ciekawe, w grze jest domyślnie ustawiony angielski komentator, co trochę gryzie się z całą resztą – na szczęście możemy go wymienić na oryginalnego, japońskiego. Z punktu widzenia polskiego gracza istotną wiadomością będą natomiast zapewne polskie napisy. Niestety, przygotowano je mocno po łebkach. Miejscami daje się odczuć, że do współpracy była tutaj zaangażowana „sztuczna inteligencja” zamiast profesjonalnych tłumaczy.

    Wymagania sprzętowe okazują się przy tym zaskakująco niskie, jak na produkcję postawioną na Unreal Engine 5. Producent rekomenduje RTX 4060, a instalacja zajmuje raptem 22 GB. Mimo to mój RTX 5080 przy maksymalnych ustawieniach i grze w 4K miał tutaj trochę pracy – a to głównie dlatego, że gra nie ma żadnych technik upscale’owania – nie uświadczymy tutaj ani DLSS, ani FSR.

    Czy warto?

    Jeżeli wychowaliście się na Kapitanie Jastrzębiu albo po prostu szukacie widowiskowej, kanapowej naparzanki w piłkarskich klimatach, Captain Tsubasa 2 sprawdzi się znakomicie – to sequel lepszy od jedynki właściwie pod każdym względem. Jeżeli natomiast oczekujecie sportowej głębi i bogatego zestawu trybów, ta produkcja dość szybko Wam się znudzi. Nie ma tutaj bowiem ani odrobiny taktyki czy realistycznego grania w piłkę, a całość stawia po prostu na potężny fan service i efektowne widowisko.

    Captain Tsubasa 2: World Fighters (PC)



    plusy

    • Widowiskowe techniki specjalne żywcem wyjęte z anime
    • Ponad 110 postaci i 22 reprezentacje
    • Własny zawodnik zgrabnie wpleciony w fabułę
    • Pojedynki z bramkarzami podnoszą napięcie
    • Prostsze sterowanie niż w poprzedniku


    minusy

    • Przegadany tryb fabularny
    • Mało trybów poza kampanią
    • Mecze robią się z czasem powtarzalne
    • Chaos na ekranie

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Erste Bank wprowadza przydatną funkcję. Wystarczy telefon z Androidem

    Erste Bank wprowadza przydatną funkcję. Wystarczy telefon z Androidem

    Choć płatności za pomocą takich usług jak Google Pay czy Apple Pay stały się powszechne, nadal niektórzy klienci nie mieli możliwości korzystania z nich. Erste Bank postanowił nadrobić tę różnicę, umożliwiając płatności mobilne nowej grupie użytkowników.

    Erste Bank na nowy rok szkolny: płatności Google Pay dla najmłodszych

    Do tej pory, aby dodać kartę płatniczą do Google Pay, konieczne było ukończenie 13. roku życia. Jednak Erste Bank znacząco obniżył tę granicę. Płatności mobilne Google Pay zostały teraz udostępnione uczniom pierwszych klas szkół podstawowych, czyli osobom w wieku od 7 do 12 lat. Rodzice mogą być spokojni, ponieważ mają pełną kontrolę nad płatnościami dokonywanymi przez swoje dzieci, tak jak to dotychczas miało miejsce.

    Płatności w smartfonie, ale pod czujnym okiem rodzica

    Aby uczeń w wieku od 7 do 12 lat mógł dodać kartę do Google Pay, musi posiadać ją w formie plastikowej, a zgoda rodzica jest wymagana. To bardzo istotne, gdyż dla transakcji Google Pay obowiązują takie same limity jak w przypadku płatności kartą. Co więcej, rodzice mają pełen wgląd do płatności poprzez Panel rodzica, dostępny w Erste Online.

    Oprócz posiadania konta oraz karty płatniczej w Erste Bank, należy spełnić jeszcze kilka dodatkowych kryteriów. Telefon powinien działać na systemie Android i być wyposażony w moduł NFC. Dodatkowo, konieczne jest zainstalowanie aplikacji Portfel Google. Ważne jest również, aby małoletni, któremu chcielibyśmy udostępnić płatności mobilne, był członkiem rodziny w Google Family Link. Oczywiście, rodzic również musi być klientem Erste Banku i aktywnie korzystać z bankowości internetowej lub mobilnej.

    Czytaj dalej poniżej


    Ważne ostrzeżenie od Erste Banku dla klientów

    Rozszerzenie funkcji Google Pay o nową grupę użytkowników ma na celu uproszczenie realizacji małych płatności za przekąski, bilety komunikacji miejskiej i inne. Należy jednak zwrócić uwagę, że w polskich szkołach wprowadzany jest zakaz posiadania smartfonów, co może ograniczyć zainteresowanie ofertą Erste Bank.

  • Choroba lokomocyjna? Spokojnie – Twój telefon ma na to sposób

    Choroba lokomocyjna? Spokojnie – Twój telefon ma na to sposób

    Google wprowadza stopniowo funkcję Motion Assist, która synchronizuje animowane punkty z ruchem pojazdu, starając się ograniczyć objawy choroby lokomocyjnej podczas korzystania z telefonu. Na razie nowość jest dostępna na wybranych modelach Pixel z systemem Android 17. Nie wiadomo, kiedy ta funkcja będzie szerzej dostępna.

    Choć nigdy nie doświadczałem pełnych objawów choroby lokomocyjnej, zdarzało mi się odczuwać dyskomfort podczas czytania na smartfonie. Wszystko sprowadza się do sytuacji, w której wzrok jest skierowany na nieruchomy ekran, a nasz błędnik nie potwierdza odczuwanego ruchu. Motion Assist ma na celu ograniczenie tego nieprzyjemnego efektu, wprowadzając animowane znaczniki reagujące na ruchy pojazdu, które pojawiają się na krawędziach interfejsu. Funkcja jest dostępna na wybranych telefonach Pixel z Androidem 17, jednak na obecną chwilę nie ma pełnej listy urządzeń, które ją otrzymają. Funkcja ta powinna być dostępna dla szerszej grupy użytkowników, ponieważ jest stosunkowo prosta i wiele nowoczesnych smartfonów jest w stanie generować takie obiekty na ekranie w oparciu o dane z czujników.

    Dlaczego telefon może nasilać chorobę lokomocyjną?

    Organizm określa położenie i ruch ciała na podstawie informacji z różnych zmysłów: wzroku, błędnika oraz receptorów czucia głębokiego. Ucho wewnętrzne rejestruje przyspieszanie, hamowanie oraz zakręty, podczas gdy oczy skupione są na tekście, widząc niemal nieruchomą powierzchnię. Konflikt sensoryczny, który z tego wynika, jest jednym z głównych powodów występowania choroby lokomocyjnej, której objawy obejmują nudności, zawroty głowy, bladość oraz senność.

    W związku z tym zaleca się, aby podczas jazdy nie czytać, a patrzeć na drogę, ponieważ skupienie wzroku na ekranie telefonu lub książce odcina wiele sygnałów, które pomagają mózgowi w interpretacji sytuacji. Motion Assist ma na celu częściowe przywrócenie tych sygnałów w percepcji wzrokowej, umożliwiając jednocześnie pasażerowi korzystanie z telefonu podczas jazdy. Funkcja ta ma na celu zminimalizowanie rozbieżności między tym, co widzą oczy, a tym, co odczuwa ciało. Nie daje to jednak gwarancji całkowitego braku mdłości, ponieważ objawy choroby lokomocyjnej mogą występować w różnym nasileniu u różnych osób.

    Jak działają ruchome kropki w Motion Assist?

    Po włączeniu funkcji, niewielkie punkty pojawiają się przy krawędziach ekranu, nad treścią aplikacji. System korzysta z akcelerometru oraz żyroskopu telefonu, aby odwzorować zmiany kierunku oraz dynamikę ruchu pojazdu. Gdy samochód przyspiesza, skręca lub zwalnia, znaczniki poruszają się w sposób odpowiadający och rzutom, które poruszałby się obiekt w polu widzenia pasażera patrzącego przed siebie. Na przykład, przy skręcie w prawo, punkty przesuwają się w lewo, a podczas jazdy do przodu przesuwają się w dół ekranu. Środek obrazu pozostaje wolny od tych obiektów, co umożliwia czytanie, pisanie lub korzystanie z aplikacji.

    Czytaj dalej poniżej

    Android Auto ciągle się rozłącza? Ta jedna zmiana rozwiązała problem

    Google wprowadziło aż trzy metody aktywacji funkcji Motion Assist. Użytkownicy mogą przejść do ustawień usług Google, dodać kafelek do szybkich ustawień lub zezwolić telefonowi na automatyczne rozpoznawanie jazdy. Istnieją również opcje dostosowania wyglądu punktów, które obejmują ich kształt, rozmiar, kolor i przezroczystość. Jeśli funkcja jest już dostępna, powinna znajdować się w ustawieniach usług Google w sekcji dotyczącej urządzeń i bezpieczeństwa, do której można przejść przez profil użytkownika.

    Apple przetarło szlak, Google nadrabia zaległości

    Apple rozwiązało ten problem wcześniej, wprowadzając funkcję Vehicle Motion Cues w systemie iOS 18 w 2024 roku. Zasada działania jest zasadniczo podobna: animowane punkty przy brzegach wyświetlacza odzwierciedlają ruch pojazdu, a funkcja może być włączana automatycznie. W rzeczy samej, może to u niektórych osób ograniczać występowanie tej nieprzyjemnej dolegliwości. Należy jednak podkreślić, że skuteczność tego rozwiązania zależy od indywidualnych predyspozycji użytkowników.

    Czytaj również: Recenzja Google Pixel 11 Pro. Polubiłem ten smartfon za nieoczywiste cechy

    Google testowało podobne rozwiązanie już w 2024 roku, początkowo pod nazwą Motion Cues, jednak przez długi czas nie pojawiały się żadne nowości w tej kwestii. Aktualnie funkcja jest wdrażana na modelu Pixel 11 Pro XL, jednak nie jest dostępna na Pixelu 10 Pro XL, który korzysta z tego samego systemu Android 17. Funkcja jest wprowadzana etapami poprzez usługi Google, co oznacza, że nie ma dedykowanej aplikacji umożliwiającej wymuszenie jej instalacji.

    Na tę chwilę nie wiadomo, czy funkcja pozostanie wyłącznie związana z nowymi modelami Pixel oraz Androidem 17, czy też z czasem obejmie starsze wersje systemu oraz telefony innych producentów. Fakt, że Google podjęło się tego problemu, jest z pewnością godny uwagi i wielu użytkowników na pewno to doceni!

  • Chromebook za pół ceny? Korzystna oferta nie tylko dla uczniów

    Chromebook za pół ceny? Korzystna oferta nie tylko dla uczniów

    Nowy komputer za mniej niż 1000 zł? Dzięki ofercie przygotowanej przez operatora sieci Play oraz markę Acer, to jest możliwe! Oto, jak można stać się posiadaczem atrakcyjnego laptopa w wyjątkowo korzystnej cenie.


    Chromebook – przystępny laptop z dużymi możliwościami

    Czym właściwie jest Chromebook? To laptop, który działa pod kontrolą systemu Chrome OS, stworzonego przez Google. Co go wyróżnia na tle konkurencyjnych rozwiązań? Przede wszystkim minimalne zapotrzebowanie na moc obliczeniową. Dzięki temu laptopy z tym systemem nie potrzebują wydajnych podzespołów ani dużych baterii, aby zapewnić doskonałą kulturę pracy i długi czas pracy bez ładowania. Co istotne, Chromebooki są zazwyczaj znacznie tańsze od laptopów z systemem Microsoft Windows czy Apple macOS, zwłaszcza w trakcie promocji, takich jak oferta, która obowiązuje u operatora sieci Play.

    Kup światłowód, a Chromebooka dostaniesz za pół ceny

    Klienci, którzy zdecydują się na podpisanie umowy z Play na internet światłowodowy na 24 miesiące, uzyskują prawo do zakupu laptopa w wyjątkowo korzystnej cenie. Dzięki temu Chromebook 315, o którym mowa, może trafić w ręce ucznia (i nie tylko) za jedyne 899 złotych. Co otrzymujemy w zamian? Wysokiej jakości laptop z ekranem o przekątnej 15,6 cala, 8 GB pamięci RAM oraz baterią, która może wytrzymać nawet 16 godzin pracy.

    Dodatkowo, zakup Chromebooka może być jeszcze bardziej opłacalny. Wybierając niektóre modele, można uzyskać dostęp do pakietu Google AI Pro na 3 miesiące bez dodatkowych opłat. Ponadto, przez 12 miesięcy można korzystać z pakietu Google One (100 GB) bez dodatkowych kosztów. To łącznie kilkaset złotych oszczędności na usługach chmurowych od Google, z którymi wielu z nas współpracuje.

    Czytaj dalej poniżej


    Zmiany w Google Play. Android wprowadza przydatne funkcje

    Więcej informacji na temat opisanego laptopa znajduje się na dedykowanej stronie internetowej. Warto również zapoznać się ze specyfikacjami nieco droższych Chromebooków, takich jak Acer Chromebook 516. Być może to właściwy moment, by spróbować komputera z innym systemem operacyjnym niż ten, do którego się przyzwyczailiśmy.

  • Ważą się losy AI w Linuksie. Na stole jest osiem propozycji

    Ważą się losy AI w Linuksie. Na stole jest osiem propozycji

    W Debianie zapadną istotne decyzje dotyczące przyszłości sztucznej inteligencji: możliwe jest albo całkowite zbanowanie bezpośredniego wkładu dużych modeli językowych (LLM) w jego rozwój, albo ich dopuszczenie z warunkiem odpowiedzialności ze strony autorów – „nadzorców”. Głosowanie nad tym zagadnieniem trwa, a na stole znajduje się osiem różnych propozycji, które będą oceniane do jutra.

    Debian, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, analizuje przyszłość wykorzystania LLM w swoim rozwoju: na stole znalazły się osiem propozycji, oznaczonych literami od A do H. Zmiany te dotyczą nie tylko kodu źródłowego, lecz także sposobu pracy nad pakietami, dokumentacji, tłumaczeń, stron projektu, obsługi błędów oraz komunikacji. Jaki będzie wynik wewnętrznego głosowania? Na ten moment żadna opcja nie wydaje się bardziej prawdopodobna od reszty.

    Silna opozycja przeciwko LLM

    Propozycja A zakłada całkowity zakaz wkładów stworzonych przy użyciu lub z pomocą LLM oraz innych narzędzi wspierających je. Ta zasada objęłaby wszystkie pakiety źródłowe, oprogramowanie Debiana, zasoby online, dokumentację, tłumaczenia oraz komunikację w ramach projektu. Propozycja nie dotyczy projektów upstreamowych, które są rozwijane poza Debianem, ani poprawek i aktualizacji bezpieczeństwa z nich pochądzących. Autorzy tej propozycji zwracają uwagę na kwestie związane z prawnym statusem treści generowanych przez LLM, ryzyko amplifikacji błędów, dodatkowe obciążenie dla recenzentów oraz wątpliwości natury etycznej. Obawy skupiają się na tym, że początkowo będzie łatwo generować rozwiązania, ale ich późniejsze poprawianie stanie się żmudne, czego przeciwnicy wkładów LLM pragną uniknąć.

    Propozycja G również zabrania umieszczania wygenerowanych treści w bezpośrednich wkładach, ale dopuszcza użycie sztucznej inteligencji w celach badawczych, analizy lub oceny własnej pracy. Propozycja C zaostrza stanowisko Debiana w zakresie komunikacji, wymagając, by wiadomości dla społeczności były tworzone bez wsparcia modeli językowych, nakłada obowiązek ujawnienia każdego użycia takich narzędzi, a także umożliwia opiekunom poszczególnych części projektu wprowadzenie własnych zakazów w tym zakresie.

    Propozycja H ma formę deklaracji, skupiającej się na aspektach środowiskowych, podkreślając negatywny wpływ modeli LLM na klimat. Autorzy tych projektów wskazują, że wykrycie stosowania LLM może być niezwykle trudne, a w wielu przypadkach nawet niemożliwe, a Debian nie może narzucić zasad projektom upstreamowym.

    Czytaj dalej poniżej

    Twórca Linuksa stanowczo o AI. Niektórzy nie będą zadowoleni

    Warunkowa zgoda z pełną odpowiedzialnością

    Propozycja B zezwala na wkłady generowane całkowicie lub częściowo przez AI, ale wprowadza istotne obowiązki dla zgłaszających. Zgłaszający zmianę odpowiada za jakość, bezpieczeństwo, zgodność z licencjami i użyteczność całości: musi również rozumieć zmianę oraz być w stanie ją obronić. Znaczny udział AI powinien być odpowiednio oznaczony, na przykład dopiskiem Generated-By lub Assisted-By w metadanych związanych z commitem. Masowe i autonomiczne zmiany wymagałyby wcześniejszej dyskusji oraz nadzoru ludzi.

    Wariant D podąża podobnym tokiem myślenia, ograniczając zasady do prac wykonywanych bezpośrednio dla Debiana i przewidując oznaczanie użycia AI w procesie. Propozycja E z kolei wydaje się najbardziej liberalna: chce, aby wszystkie wkłady podlegały tym samym normom jakości i zgodności. Ujawnienie pomocy AI byłoby w niej mocno zalecane, ale nieobowiązkowe. Wariant F zachęca do unikania wykorzystania generatywnej AI, gdy to możliwe, ale nadal pozostawia to pod rozwagę twórców. Wydaje się, że Debian ustanawia swoją politykę dotyczącą AI na nadchodzące lata, a przyszłość może wymagać dalszych doprecyzowań lub zmian.

    Debian musi określić granice autorstwa

    Zwolennicy zakazu argumentują, że LLM generują kod w oparciu o statystyczne prawdopodobieństwo, nie potrafiąc potwierdzić ich poprawności, co według niektórych nie jest do końca prawdziwe. W Debianie mogłoby to prowadzić do problemów związanych z mieszaniem aktualnych zasad z przestarzałymi praktykami, zachowanymi w materiałach treningowych używanych przez narzędzia generatywne.

    Wskazuje się także na problem braku „symetrii”: jedna osoba szybko produkuje zmianę, podczas gdy recenzent poświęca czas na jej weryfikację, nie zawsze mając pełne pojęcie o jej powstaniu. Bardziej liberalne propozycje nie negują potrzeby nadzoru, ale uznają, że człowiek może korzystać z AI, o ile rozumie uzyskany rezultat, przeprowadza własne testy i bierze za niego pełną odpowiedzialność. Tak naprawdę wszystkie propozycje koncentrują się na tym samym: unikaniu bezmyślnego generowania kodu. I to rzeczywiście jest problem, z którym należy walczyć; incydent w Apple, gdzie z powodu dużej liczby zgłoszeń w programie bug bounty o mało nie przegapiono ogromnej luki, wskazuje, jak wiele zmieniło się w trakcie rozwoju LLM.

    Aby propozycja A przeszła, wymagana jest większość 3:1, ponieważ należałoby dokonać zmian w „Umowie Społecznej”, legendarnym dokumencie Debiana, który stanowi zobowiązanie wobec społeczności i użytkowników. Pozostałym propozycjom wystarczy zwykła większość. Głosowanie trwa od 15 sierpnia i zakończy się jutro, do końca dnia.

    Czytaj również: Linux dla ucznia? W teorii brzmi świetnie, w praktyce bywa różnie

    Do tego czasu Debian wciąż akceptuje kod stworzony przez AI na tych samych zasadach, co kod pisany ręcznie. To inna postawa niż w przypadku Ubuntu, gdzie widać jednoznaczne otwarcie Canonicala na adopcję funkcji AI w oprogramowaniu, jak i uczestników społeczności skupionej wokół tego popularnego dystrybucji. Wygląda na to, że te dwa projekty mogą podążyć odmiennymi ścieżkami. Debian jednak zawsze był bardziej „sformalizowany”, podczas gdy Ubuntu od lat cieszy się czymś, co można by określić jako „brak nadmiernej biurokracji”. Jednak to właśnie ta „biurokracja” w Debianie gwarantuje jego ponadczasowość oraz odporność na różnorodne wstrząsy.

  • Netflix z ciekawą listą nowości na wrzesień. Będzie co oglądać!

    Netflix z ciekawą listą nowości na wrzesień. Będzie co oglądać!

    Wrzesień 2026 roku przynosi na platformę Netflix bogatą ofertę premier.

    Wśród nowości znaleźć można propozycje doskonale wpisujące się w tematykę nowoczesnych technologii, cyfrowej przyszłości oraz motywów fantastycznonaukowych. Zarówno miłośnicy innowacji, jak i widzowie poszukujący wciągających narracji o wpływie technologii na nasze życie odnajdą w tym miesiącu wiele interesujących tytułów.

    Co warto obejrzeć we wrześniu na Netflix?

    Szczególną uwagę z pewnością przyciągnie produkcja „Sztuczne piękno” (premiera 17 września). Tytuł ten porusza tematykę kreowania wizerunku w sieci oraz wykorzystania nowoczesnych narzędzi cyfrowych, a także konsekwencji, jakie niesie za sobą dążenie do doskonałości w świecie zdominowanym przez algorytmy. To doskonała propozycja dla każdego, kto interesuje się rozwojem sztucznej inteligencji (AI) i cyfrową tożsamością. Dla polskich widzów z pewnością ciekawym tytułem będzie również ekranizacja „Lalki”, która zadebiutuje na platformie już 16 września.

    Kolejną niezwykle interesującą premierą są „Stranger Things: Opowieści z ’85: Sezon 2” (premiera 17 września). Ten powrót do kultowego uniwersum oferuje wyjątkowe połączenie retro-technologii lat 80. z elementami fantastycznymi oraz zaawansowanymi efektami wizualnymi, tworząc widowisko najwyższej klasy.

    Dla fanów interaktywnej rozrywki oraz innowacji w animacji idealnym wyborem będzie „LEGO One Piece” (premiera 29 września). Połączenie ikonicznego świata klocków LEGO z popularną marką anime pokazuje, jak nowoczesne studia animacji wykorzystują technologie komputerowe do tworzenia hybrydowych światów, które z powodzeniem przyciągają widzów w każdym wieku.

    Czytaj dalej poniżej

    Były w innych krajach, teraz są w Polsce. Netflix wprowadza nowości

    Nie można również pominąć dokumentalnej pozycji „Unabomber” (premiera 25 września). Historia ta przygląda się skomplikowanej relacji człowieka z rozwojem technologicznym oraz ideologicznemu sprzeciwowi wobec postępu przemysłowego, stwarzając ważną przestrzeń do refleksji nad współczesnym społeczeństwem informacyjnym.

    Poniżej przedstawiamy pełną listę premier, które zagości na platformie Netflix we wrześniu 2026 roku:

    PRODUKCJE ORYGINALNE

    • Jared Freid: The Family Plan | 1/09/2026
    • Sportowe opowieści: Raygun – Kiepski break | 1/09/2026
    • Punkty zwrotne: Pokolenie 11 września | 2/09/2026
    • Udręki serca | 2/09/2026
    • Fito Páez: Świat w piosence | 3/09/2026
    • Dżentelmeni: Sezon 2 | 3/09/2026
    • Alix Earle poznaje świat | 4/09/2026
    • Stavros Halkias: Uncle Stav | 8/09/2026
    • DANG! | 8/09/2026
    • Fauda: Sezon 5 | 8/09/2026
    • Sportowe opowieści: Mr. T – Żal mi głupców | 8/09/2026
    • Małżeństwa i ich przekleństwa 3 | 9/09/2026
    • Bogdan Boner: Egzorcysta: Sezon 7 | 9/09/2026
    • Gdzie jest mój agent? – film | 10/09/2026
    • Dziewczyna z osady | 10/09/2026
    • Kłamstwo idealne | 10/09/2026
    • W zespole siła! | 11/09/2026
    • NFL Melbourne Game | 11/09/2026
    • Serce Anabel | 11/09/2026
    • Physical 100: Italy | 11/09/2026
    • Koci Domek Gabi: Sezon 14 | 14/09/2026
    • Jo Koy: Blue in the Face | 15/09/2026
    • Hot Ones: Extra Heat: Episode 2 | 15/09/2026
    • Lalka | 16/09/2026
    • Sztuczne piękno | 17/09/2026
    • Potwór: Historia Lizzie Borden | 17/09/2026
    • Stranger Things: Opowieści z ’85: Sezon 2 | 17/09/2026
    • Znam cię | 17/09/2026
    • Fixerzy | 17/09/2026
    • Najlepsi z najlepszych | 18/09/2026
    • Pokémon Horyzonty: Sezon 3 – Wschodząca nadzieja: Część 4 | 18/09/2026
    • Akademia Minerwy | 22/09/2026
    • Habeas corpus | 23/09/2026
    • Wonka: Złoty Los | 23/09/2026
    • Urojenia | 24/09/2026
    • Inny świat | 24/09/2026
    • Moi smutni zmarli | 24/09/2026
    • Unabomber | 25/09/2026
    • Ostatnia zagadka | 25/09/2026
    • STEEL BALL RUN JoJo’s Bizarre Adventure: ETAPY 2–3 | 25/09/2026
    • Mononoke – film: rozdział 3 – Klątwa Węża | 29/09/2026
    • LEGO One Piece | 29/09/2026

    TYTUŁY NA LICENCJI

    • Most na rzece Kwai | 1/09/2026
    • Anakondy: Krwawe ślady | 1/09/2026
    • Doctor X Surgeon Michiko Daimon 1–7 | 1/09/2026
    • Powiedzmy sobie wszystko | 3/09/2026
    • Pakt z diabłem | 3/09/2026
    • Korpus weteranów | 3/09/2026
    • W rytmie hip-hopu | 4/09/2026
    • Człowiek roku | 4/09/2026
    • Szósty zmysł | 5/09/2026
    • Małe rzeczy | 7/09/2026
    • Ustawka | 8/09/2026
    • Sposób na teściową | 8/09/2026
    • Zaklęci w czasie | 8/09/2026
    • Troja | 8/09/2026
    • Anakonda 3: Potomstwo | 9/09/2026
    • Pete kombinator: Sezon 1–3 | 9/09/2026
    • Wilkołak | 13/09/2026
    • Barbie in The Nutcracker | 14/09/2026
    • Bajecznie bogaci Azjaci | 15/09/2026
    • Zręczne ręce | 15/09/2026
    • Sędzia | 17/09/2026
    • Hotel dla psów | 18/09/2026
    • Daredevil | 18/09/2026
    • Od zmierzchu do świtu | 18/09/2026
    • Ted 1–2 | 20/09/2026
    • Mumia 1–3 | 27/09/2026
    • Iryu Team Medical Dragon: Sezon 2 | 27/09/2026
    • The Eagles: historia legendy | 29/09/2026
  • Samochód z dostawą do domu. Flovi z nową usługą

    Samochód z dostawą do domu. Flovi z nową usługą

    Zakup nowego samochodu to dla wielu z nas znaczące wydarzenie, które często wiąże się z dużym stresem i wyzwaniami organizacyjnymi.

    Wizyta w salonie, szczególnie gdy wymarzone auto znajduje się na drugim końcu kraju, wymaga zaplanowania całego dnia, rezerwacji biletów lub zorganizowania transportu zastępczego. Na polskim rynku motoryzacyjnym pojawia się jednak nowa opcja, która przenosi proces zakupu auta na zupełnie nowy poziom wygody. Fińska platforma logistyczna Flovi wkracza do Polski z usługą dostawy do domu, co pozwala na przekazanie kluczyków do nowego samochodu bezpośrednio w ręce kierowcy w jego własnym domu.

    Tradycyjny model odbioru pojazdu ustępuje miejmy gorszym rozwiązaniom na rzecz pełnej cyfryzacji i elastyczności, której doświadczamy w innych sektorach handlu. Dzięki platformie Flovi dealerzy oraz wypożyczalnie mogą zaoferować swoim klientom dostawę samochodu dokładnie pod wskazany adres, eliminując bariery geograficzne. Przeszkolony kierowca-partner nie tylko dostarcza auto, ale także przeprowadza weryfikację stanu technicznego oraz wizualnego na miejscu, prezentując najważniejsze funkcje i systemy pokładowe. W razie potrzeby przeprowadzana jest również krótka jazda próbna w znajomym dla klienta otoczeniu.

    Od cyfrowego zlecenia do auta pod własnym domem

    Cała procedura została zaprojektowana w taki sposób, aby maksymalnie odciążyć kupującego i usprawnić pracę salonu. Dealer składa zamówienie za pośrednictwem platformy logistycznej opartej na sztucznej inteligencji, a klient umawia się na precyzyjny termin dostawy. Zanim samochód wyruszy w trasę, przechodzi szczegółową kontrolę. Przez cały czas trwania transportu zarówno sprzedawca, jak i kupujący mają dostęp do monitorowania statusu realizacji na bieżąco. Takie rozwiązanie nie tylko oszczędza cenny czas, ale także zapewnia pełne bezpieczeństwo i przejrzystość procesu.

    Odbiór pojazdu na własnym podjeździe niesie ze sobą również wyjątkowy wymiar emocjonalny. Przekazanie auta w prywatnej przestrzeni tworzy niezapomniane doświadczenie zakupowe, które zostaje w pamięci na długo. Model ten od lat z powodzeniem funkcjonuje w Skandynawii, gdzie Flovi rocznie realizuje tysiące takich dostaw. Wprowadzenie tych standardów na polski rynek to kolejny krok w stronę nowoczesnych usług motoryzacyjnych premium, gdzie komfort konsumenta stawiany jest na pierwszym miejscu.

    Czytaj dalej poniżej


    Spotify wkurzyło kierowców korzystających z Android Auto!

  • Recenzja Resonance: A Plague Tale Legacy. Grecka mitologia w przepięknym wydaniu

    Recenzja Resonance: A Plague Tale Legacy. Grecka mitologia w przepięknym wydaniu

    Resonance: A Plague Tale Legacy to jedna z tych gier AA, które potrafią zachwycać. Oferuje niemal wszystko – spektakularne starcia, pomysłowe zagadki, przepiękne widoki i dojrzałą historię. Całość można ukończyć w zaledwie 3-4 wieczory.

    Asobo Studio od lat prowadzi podwójne życie – z jednej strony rozwija Microsoft Flight Simulator, a z drugiej wprowadza nas w mroczny świat średniowiecznej Francji, opanowanej przez hordy wygłodniałych szczurów. Tłem dla tych wydarzeń stała się duologia A Plague Tale, która opowiada historię rodzeństwa de Rune. Resonance: A Plague Tale Legacy to spin-off osadzony w tym samym uniwersum, przenoszący akcję na czternastowieczną Kretę. Główną bohaterką jest młoda Sophia – przemytniczka, którą poznaliśmy już w Requiem. Pod niemal każdym względem jest to zupełnie inna produkcja niż poprzednie tytuły, a właśnie to sprawia, że jest tak dobra.

    Plague Tale bez plagi

    Akcja gry toczy się 15 lat przed wydarzeniami z Plague Tale: Requiem. Młoda Sophia wyrusza na Kretę, aby odkryć tajemnice związane ze zmarłym ojcem, dawnym przywódcą grupy awanturników. Towarzyszy jej przyjaciółka Leni. Bohaterkę od dzieciństwa prześladują wizje z czasów minojskich, będące efektem eksperymentów, jakie przeprowadzał na niej Zakon. Wizje te związane są z mitycznym Minotaurem oraz Tezeuszem, a gra eksploruje także wątki Dedala i nici Ariadny. Osoby, które miały słabość do mitologii greckiej, będą zachwycone.

    Największe wrażenie robi stopniowa zmiana klimatu gry. Pierwsze godziny to słoneczna, niemal beztroska przygoda w stylu Uncharted, jednak im głębiej zapuszczamy się w ruiny minojskich struktur, tym silniej gra ewoluuje w kierunku dusznego horroru. Narracja utrzymuje wysoki poziom, do jakiego przyzwyczaiła nas seria, przedstawiając dojrzałą historię o traumie i żałobie. Nie sposób nie docenić znakomitej roli Anny Demetriou w roli głównej.

    Miecz zamiast procy

    Walka to największa rewolucja w porównaniu do poprzednich gier serii. Sophia uzbrojona jest w miecz, sztylet oraz linkę do przyciągania wrogów. Mechanika starć opiera się na lekkich i ciężkich atakach, parowaniu, unikach oraz kopnięciach, którymi łamiemy gardę przeciwników. Trzy sparowane ciosy ładują pasek ogłuszenia, co pozwala na wykończenie przeciwnika naładowanym ciosem sztyletem. System zdrowia wymusza agresję, ponieważ segmenty życia odzyskujemy tylko za pokonanych wrogów – a tych jest zaledwie trzech (a na trudnym poziomie tylko dwóch), co sprawia, że łatwo o śmierć.

    Czytaj dalej poniżej

    Wiedźmin 3 wraca z hukiem. Darmowy Remaster i wielkie rozszerzenie nadchodzą

    Początkowo system walki dostarcza frajdy – wrogów można spychać z klifów czy rzucać na ściany, ogłuszając poprzez takie działania całe grupy przeciwników. Jednak z czasem starcia stają się trochę monotonne. Problem pojawia się, gdy przeciwnicy otaczają bohaterkę, a kamera gubi się w ciasnych arenach. Jak już wspomniałem, Sophia pada po zaledwie trzech (dwóch) ciosach, przez co większe potyczki potrafią frustrować, nie z powodu trudności, a chaosu.

    System rozwoju postaci jest dość prosty, ale pomysłowy – drzewko umiejętności można w każdej chwili za darmo zresetować, a statystyki podnosimy biżuterią znajdującą się w ruinach. Punkty rezonansu zdobywamy za zbieranie muszelek porozrzucanych po lokacjach. Jest to nieco frustrujące, ponieważ przedmioty są bardzo małe i zauważalne dopiero z niewielkiej odległości.

    Kula, światło i dziennik pełen szkiców

    Drugim kluczowym elementem rozgrywki są zagadki środowiskowe, które opierają się na tajemniczej kuli, jaką znajdujemy na początku gry. Urządzenie to ujawnia ukryte znaki, podświetla bezpieczne strefy na kolczastych posadzkach oraz pełni rolę klucza do kolejnych lokacji. Uzupełnieniem eksploracji jest dziennik, w którym bohaterka szkicuje wskazówki oraz miejsca zasługujące na uwagę – to o wiele lepsze rozwiązanie niż tradycyjne znaczniki na mapie.

    Zwiedzanie wyspy to czysta przyjemność. Znajdziemy tu wszystko, co powinno: wspinaczkę, chwytanie gzymsów, prześlizgiwanie się przez szczeliny, a nawet okazjonalne huśtanie na linie. Gra nie oferuje otwartego świata ani możliwości szybkiej podróży – to reżyserowana, korytarzowa przygoda podzielona na rozdziały, co uważam za zaletę. Niestety, w drugiej połowie gra czasami się powtarza, a aren walki czy podobnych łamigłówek robi się zbyt wiele. Przejście całości zajmie nam jednak zaledwie kilkanaście godzin, więc trudno krytykować to jako znaczące wydłużenie czasu gry. Resonance zdecydowanie wypada pod tym względem w sam raz.

    Kreta w pełnym słońcu prezentuje się zachwycająco. Białe ruiny, morze oraz gaje oliwne kontrastują z mrokiem podziemi, gdzie króluje gra światła i cienia. To kontrast między tymi dwoma światy stanowi najsilniejszy wizualny atut gry. Najsilniejsze wrażenie pozostawia jednak nie grafika, a muzyka. Ścieżka dźwiękowa oparta na żeńskim chórze oraz etnicznych instrumentach buduje gęsty klimat, a fragmenty związane z Tezeuszem wywołują dreszczyk emocji.

    Dla kogo ta wyprawa?

    Resonance: A Plague Tale Legacy to najodważniejsza produkcja w historii Asobo, co w dużej mierze opłaciło się. Powstała gra, która zapewnia udaną przygodę, którą można przejść w 3-4 wieczory. Dla posiadaczy Game Passa tytuł ten jest dostępny od premiery, a miesięczna subskrypcja w wysokości 54 zł w zupełności wystarczy, aby ukończyć przygodę.

    Fani dotychczasowych gier mogą być rozczarowani. Jeśli kochaliście tę serię za szczury, bezradność głównych bohaterów oraz duszną atmosferę Francji, w tym tytule nie znajdziecie tych elementów. I to w zasadzie dobra wiadomość, ponieważ otrzymujemy zupełnie nową, świeżą konwencję z przekonującą główną bohaterką oraz zamkniętą, silną opowieść, która może na dłużej zapisać się w pamięci niektórych graczy.

    Resonance: A Plague Tale Legacy



    plusy

    • Dojrzała historia Sophii z doskonałą rolą główną
    • Przepiękna oprawa graficzna
    • Pomysłowe zagadki oparte na sferze i świetle
    • Chóralna ścieżka dźwiękowa


    minusy

    • Chaotyczna kamera w większych starciach
    • Przewidywalne zwroty akcji
    • Drobne błędy techniczne przy premierze

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Oto pierwszy taki smartfon. Zmiażdży konkurencję?

    Oto pierwszy taki smartfon. Zmiażdży konkurencję?

    Specyfikacja nadchodzącego Vivo X500 Pro robi wrażenie. To będzie pierwszy taki smartfon.

    Premiera nowej serii smartfonów Vivo zbliża się wielkimi krokami, a najnowsze przecieki sugerują prawdziwą rewolucję. Flagowy model Vivo X500 Pro przeszedł testy wydajnościowe, z których wynika, że urządzenie będzie pierwszym z procesorem wykonanym w litografii 2 nm od TSMC. Mocy w nim raczej nie zabraknie.

    Mocarz w postaci Vivo X500 Pro nadchodzi

    Nie było jeszcze smartfona z procesorem 2 nm, a wszystko wskazuje na to, że szlaki może przetrzeć właśnie nadchodzący Vivo w swojej najpotężniejszej konfiguracji. To zagwarantuje ogromną moc obliczeniową. Co konkretnie wiemy o najnowszym modelu tego producenta? Flagowy układ MediaTek Dimensity 9600 ma trafić zarówno do X500 Pro, jak i Pro Max, a wyciek z bazy danych Geekbench podpowiada całkowicie zmienioną architekturę. Konfiguracja ma być dość nietypowa, bowiem producent miał zdecydować się na dwa potężne rdzenie Arm C2-Ultra z taktowaniem na poziomie 4,55 GHz.

    Jeżeli chodzi o wizualne wodotryski, to odpowiedzialny za nie będzie układ graficzny Mali-G2-Ultra-NX. Celem przeskoku technologicznego nie jest jednak tylko zwiększenie wydajności. Okazuje się bowiem, że przy okazji udało się osiągnąć także mniejsze zapotrzebowanie na energię, co objawi się choćby poprzez wolniejsze nagrzewanie się urządzenia. To docenią na pewno gracze, ale i osoby korzystające ze smartfona w bardziej zaawansowany sposób, np. podczas montażu wideo czy obróbki zdjęć.

    Fotograficzna bestia znów atakuje

    A skoro o obróbce zdjęć mowa, to zdecydowanie będzie co edytować. Vivo ponownie zawalczy o serca fotografów, oferując genialny zestaw aparatów, wśród których znajdzie się zaawansowany, peryskopowy aparat o rozdzielczości 200 MP opracowany we współpracy z firmą Zeiss. Smartfon zaoferuje nam również rozbudowane tryby fotograficzne i wsparcie dla rejestracji wideo w rozdzielczości 4K przy 120 oraz 240 klatkach na sekundę. Ładne obrazki zdają się być gwarantowane, co w sumie nie dziwi. Już poprzednie flagowce tego producenta robiły ogromne wrażenie, o czym pisaliśmy m.in. przy okazji testów Vivo X300 Ultra.

    Czytaj dalej poniżej


    Nie wiedziałem, że smartfony potrafią takie rzeczy! Seria vivo X300 - który wybrać?

    Co z samą premierą? Ta nadejść ma w Chinach już niedługo, bo we wrześniu. Nie wiemy jeszcze, kiedy urządzenie pojawi się w Polsce, ale wszystko wskazuje na to, że premiera jak najbardziej będzie miała miejsce również i u nas.

  • Polska grozi Facebookowi. Rząd ma dość oszustw na platformie

    Polska grozi Facebookowi. Rząd ma dość oszustw na platformie

    Rząd bierze się za fałszywe reklamy na Facebooku i Instagramie. Oby tym razem skutecznie.

    Oszukańcze reklamy na Facebooku i Instagramie od dłuższego czasu stanowią poważny problem dla polskich użytkowników, którzy są kuszeni do podejmowania niebezpiecznych inwestycji. Sytuacja jest tym bardziej niepokojąca, gdyż w kampaniach reklamowych wykorzystywane są wizerunki znanych polityków i osobistości ze świata biznesu. Wiele z tych materiałów to oszustwa oparte na deepfake’ach oraz tworzonych przez sztuczną inteligencję wizerunkach znanych osób. Ministerstwo Cyfryzacji zdecydowało, że ogrom zjawiska oraz sposób, w jaki Meta (właściciel Facebooka i Instagrama) reaguje na ten problem, wymagają interwencji na poziomie Unii Europejskiej. Wicepremier i minister cyfryzacji, Krzysztof Gawkowski, złożył formalny wniosek do Komisji Europejskiej o nałożenie na właściciela platform kar w wysokości 250 milionów euro, co stanowi około miliarda złotych. Czy uda się w końcu ukrócić działania Mety? Ostatnie wyroki sądowe sugerowały, że jest to możliwe, jednak reklamy znów pojawiły się w sieci. Rafał Brzoska ogłosił kolejne działania, ale ostateczna decyzja dotycząca kar finansowych dla amerykańskiego giganta należy do Komisji Europejskiej.

    Rząd traci cierpliwość. Meta może mieć problemy

    To kolejny etap sporu, który trwa od wielu lat, ale ostatnio znacznie przyspieszył, gdy Rafał Brzoska ponownie zaangażował się w walkę z Facebookiem i Instagramem po tym, jak na obu platformach znów pojawiły się fałszywe reklamy z jego osobą. Szef InPostu nie jest w tej batalii osamotniony – 18 sierpnia Krzysztof Gawkowski zwrócił się bezpośrednio do Meta, domagając się szczegółowych informacji dotyczących skali oszukańczych reklam emitowanych do Polaków, metod weryfikacji reklamodawców oraz narzędzi służących do wykrywania deepfake’ów i nielegalnego wykorzystywania wizerunku osób publicznych. Minister podkreślił, że Facebook i Instagram jako ogromne platformy internetowe podlegają surowym obowiązkom wynikającym z DSA (Akt o usługach cyfrowych) i nie mogą redukować powtarzających się oszustw do działań pojedynczych reklamodawców.

    Meta odpowiedziała na żądania obszernym pismem, wskazując, że sama nie ma interesu w zarabianiu na oszustwach. Firma zapewnia, że inwestuje w automatyczne systemy wykrywania nadużyć. Od lipca 2025 do czerwca 2026 r. usunięto 137 tysięcy reklam z Polski za naruszenie zasad dotyczących oszustw, a ponad 88 proc. z nich zostało wykrytych jeszcze przed zgłoszeniem przez użytkowników. Meta planuje również rozszerzenie weryfikacji reklamodawców tak, aby do końca 2026 r. 90 proc. globalnych przychodów reklamowych pochodziło od zweryfikowanych podmiotów.

    Komisja Europejska nałoży na Meta karę? Przekonamy się niebawem

    Problem polega jednak na tym, że statystyki przedstawiane przez firmę nie są wystarczające dla polskich władz. W ramach przedstawionych dowodów przywołano dane z CERT Polska, w tym przykładowe zgłoszenie 122 reklam, które zostały zakwalifikowane jako oszustwa. Platforma usunęła zaledwie 10 z nich, w 106 przypadkach nie uznano, że naruszenie miało miejsce. To wskazuje na istotny rozdźwięk pomiędzy obiecywaną skutecznością systemów moderacji a rzeczywistością po zgłoszeniu konkretnych kampanii. Problem jest poważny, ponieważ Facebook i Instagram są zalewane przez reklamy stworzone przez sztuczną inteligencję, a technologia deepfake wykorzystywana jest do tworzenia wizerunków znanych osób. Jedną z bardziej medialnych spraw jest wspomniana batalia Rafała Brzoski, dotycząca m.in. jego żony Omeny Mensah. Fałszywe materiały przedstawiały informacje o rzekomej śmierci, pobiciu czy zatrzymaniu Mensah a jej wizerunek wykorzystywano do uwiarygodniania oszukańczych inwestycji.

    Czytaj dalej poniżej


    W tym Facebooka nikt nie przebije. Ta platforma to żyła złota

    Jeśli Komisja Europejska przychyli się do wniosku z Polski, ta sprawa może stać się istotnym testem skuteczności aktu o rynkach cyfrowych. Dotychczas użytkownicy byli często zmuszeni samodzielnie zgłaszać kolejne przypadki tych samych oszustw. Ministerstwo Cyfryzacji pragnie, aby odpowiedzialność za system reklamowy spoczywała przede wszystkim na platformie, która ten system tworzy, kontroluje i na nim zarabia. W sierpniowym piśmie Gawkowski jasno stwierdził, że ochrona użytkowników nie może być dobrowolną polityką korporacyjną, lecz obowiązkiem wynikającym z europejskiego prawa.