Kategoria: Wiadomości

  • Ten sprzęt z Action może szybko się wyprzedać. Przyda się w niemal każdym domu

    Ten sprzęt z Action może szybko się wyprzedać. Przyda się w niemal każdym domu

    Laminator to jedno z tych urządzeń, o których rzadko myślimy na co dzień, ale w domu, szkole czy małym biurze potrafi okazać się zaskakująco praktyczny. Zwłaszcza teraz, gdy można go kupić w super cenie.

    Kilka dni temu pisałem o drukarce bez atramentu, którą w Action można kupić w bardzo dobrej cenie. Drukarka termiczna Fichero działa bez użycia klasycznych materiałów eksploatacyjnych, takich jak tusz, toner czy kartridże. Tekst i proste grafiki nanoszone są na specjalny papier termiczny poprzez jego podgrzewanie. Dzięki temu odpada konieczność regularnej wymiany elementów, a użytkownik nie musi też martwić się o zaschnięty atrament po dłuższej przerwie w drukowaniu. To praktyczne rozwiązanie dla osób, które korzystają z drukarki sporadycznie, na przykład raz na kilka tygodni lub nawet miesięcy. Jednak taka drukarka nie jest idealna. Druk jest monochromatyczny, o stosunkowo niskiej rozdzielczości, a sam papier termiczny sprawia, że pod wpływem temperatury, światła i upływu czasu, nadruk będzie stopniowo blednąć i stawać się mniej wyraźny. Rozwiązaniem tego problemu może być laminowanie, jednak często urządzenie do zabezpieczania druków kosztują krocie.


    Z pomocą przychodzi sama firma Fichero i trwająca właśnie promocja w sklepach Action. Do 8 września urządzenie do laminowania można kupić za 59,99 zł. W zestawie znajduje się również pięć arkuszy do laminowania, więc ze sprzętu można skorzystać praktycznie od razu po wyjęciu z pudełka. Największą zaletą laminatora Fichero jest obsługa dokumentów w formatach A3, A4, A5 i A6. Sprzęt pracuje na gorąco, ma moc 275 W, potrzebuje około czterech minut na rozgrzanie, po którym zacznie laminowanie z prędkością około 220 mm na minutę. Obsługuje przy tym folie o grubości do 250 mikrometrów.

    Action przecenił praktyczny sprzęt do domu i biura. Teraz kosztuje niecałe 60 zł

    Sama zasada działania jest prosta. Dokument umieszczamy pomiędzy warstwami specjalnej folii, a następnie wkładamy ją do rozgrzanego urządzenia. Pod wpływem temperatury warstwy łączą się ze sobą, tworząc przezroczystą osłonę. Dzięki temu papier jest lepiej zabezpieczony przed wilgocią, zabrudzeniami, zagnieceniami czy szybkim zużyciem. To też świetny kompan do wspomnianej wyżej drukarki termicznej, która może być wykorzystywana do drukowania dokumentów, jednak ze względu na charakter samego druku nie gwarantuje ona długiego czasu przechowywania. Laminator dobrze sprawdzi się w domowych warunkach, zabezpieczając m.in. materiały szkolne, osobom pracującym w domu czy małych firmach. Można w ten sposób zabezpieczyć dokumenty, zdjęcia, instrukcje, planery, karty edukacyjne albo menu.


    Co ważne, w ramach trwającej promocji tygodnia w Action w niższych cenach można kupić materiały eksploatacyjne do laminatora. Opakowanie 20 folii Fichero w formacie A3 kosztuje obecnie 6,99 zł, co daje nam około 35 groszy za sztukę. Folie są przezroczyste i przeznaczone do laminowania na gorąco. Jeśli takie urządzenie przyda się choćby kilka razy w roku, to szybkie nagrzewanie i płynna praca laminatora pozwala na bezproblemowe użytkowanie. W ten sposób dokumenty pozostaną zabezpieczone i w dobrym stanie przez długi czas.

    Czytaj dalej poniżej


    PKP odpala urodzinową promocję. Bilety tańsze o minimum 35%

  • Microsoft właśnie zepsuł jedną z najlepszych funkcji XBOXa. Wprowadza limity

    Microsoft właśnie zepsuł jedną z najlepszych funkcji XBOXa. Wprowadza limity

    Granie w chmurze XBOX to doskonała alternatywa dla osób, które nie chcą inwestować w konsolę lub mocny komputer. Od listopada Microsoft wprowadza istotne ograniczenia tej usługi.


    Granie w chmurze XBOX, wcześniej znane jako xCloud, przez długi czas było udogodnieniem dostępnym jedynie dla subskrybentów najdroższego planu XBOX Game Pass Ultimate. Trzeba jednak zauważyć, że usługa ta przez wiele lat funkcjonowała w ramach wersji beta, mimo ciągłego rozwoju jej możliwości i dostępności na nowych urządzeniach. Zmiany zaczęły się kilka miesięcy temu, kiedy dostęp do tej formy rozgrywki uzyskali także użytkownicy tańszych abonamentów XBOX Game Pass: Core i Standard. Ponadto Microsoft rozszerzył funkcjonalność platformy, umożliwiając uruchomienie w chmurze części gier, które zostały kupione wcześniej na własność, nie tylko produkcji dostępnych w katalogu Game Pass.

    Aktualnie z grania w chmurze XBOX mogą korzystać posiadacze abonamentów XBOX Game Pass Essential, Premium i Ultimate, bez żadnych limitów. Oczywiście, w zależności od planu mogą występować różnice w czasach oczekiwania oraz jakości rozgrywki. Taki stan rzeczy niebawem ulegnie zmianie, ponieważ Microsoft ogłosił wprowadzenie nowych ograniczeń.

    Granie w chmurze Xbox z miesięcznymi limitami. To koniec wygodnej rozgrywki

    Granie w chmurze było przez ostatnie lata jednym z najważniejszych argumentów przemawiających za wyborem Game Passa. Wystarczyło mieć odpowiedni abonament, szybkie połączenie internetowe i kompatybilne urządzenie, aby uruchamiać gry w chmurze na laptopie, telewizorze, smartfonie czy tablecie. Dla wielu użytkowników ta forma rozgrywki była podstawowym sposobem grania, ponieważ nawet w ramach najdroższego planu Ultimate mieli dostęp do bogatego katalogu gier, w tym premier wydawanych przez wewnętrzne studia Microsoftu oraz wielu innych twórców. Niestety, opłacalność tego rozwiązania ulegnie znacznej zmianie.

    Od listopada 2026 roku wszystkie warianty Game Passa wprowadzą miesięczne limity korzystania z Grania w chmurze XBOX. Abonenci Game Pass Ultimate będą mogli grać przez 15 godzin miesięcznie, użytkownicy Game Pass Premium otrzymają 10 godzin, natomiast dla subskrybentów najtańszego Game Pass Essential limit wyniesie jedynie 5 godzin. Do tej pory wszyscy uprawnieni abonenci mogli korzystać z chmury bez limitów czasowych, a jedynymi ograniczeniami były czasy oczekiwania oraz jakość strumieniowanej rozgrywki.

    Czytaj dalej poniżej


    XBOX odpala petardę. Robią to lepiej niż PlayStation

    Microsoft w swoim oficjalnym komunikacie zapewnia, że wprowadzenie limitów dotknie jedynie 4 proc. abonentów Game Passa. Firma tłumaczy swoją decyzję rosnącymi kosztami utrzymania infrastruktury chmurowej. Im więcej użytkowników korzysta z usługi i im dłużej gra, tym droższe staje się jej utrzymanie. Jednakże Microsoft zaznacza, że przekroczenie miesięcznego limitu nie oznacza całkowitej utraty dostępu do chmury. Gracze będą mieli możliwość dokupienia dodatkowych godzin gry bezpośrednio w sklepie XBOX Store. Problem w tym, że firma na razie nie ujawnia kosztów tych pakietów. Szczegóły dotyczące cen, dostępnych wariantów oraz dostępności w poszczególnych krajach mają być ogłoszone przed wprowadzeniem nowych zasad w życie.

    Nie da się ukryć, że nadchodzące zmiany wpłyną negatywnie na atrakcyjność Game Passa. Po obniżce cen i uporządkowaniu oferty gracze byli zadowoleni. Coś mi jednak podpowiada, że nagłe wprowadzenie limitów oraz dodatkowych płatności jest tylko próbą zrekompensowania budżetu po próbie zadowolenia społeczności…

  • Ecoflow z całkiem nową ofertą baterii na każdą okazję

    Ecoflow z całkiem nową ofertą baterii na każdą okazję

    EcoFlow zaprezentował na targach IFA urządzenia, które mają szansę zmienić nasz sposób korzystania z prądu.

    Ekspozycja producenta odbywa się pod hasłem „Breaking Boundaries”. Głównym celem marki jest dostosować energię do potrzeb ludzi, niezależnie od tego, czy chodzi o weekendową wycieczkę, pracę na budowie bez dostępu do infrastruktury, czy też efektywniejsze wykorzystanie energii z paneli słonecznych w domach. Najnowsza oferta obejmuje zatem szeroką gamę produktów, od ultrakompaktowych stacji turystycznych po zaawansowane systemy dla profesjonalistów.

    RIVER Gen4: Kompaktowa energia w podróży

    Dla tych, którzy cenią sobie mobilność, inżynierowie EcoFlow opracowali serię przenośnych stacji zasilania RIVER Gen4. Projektanci postawili sobie za cel stworzenie sprzętu mniejszego i lżejszego, ale nadal niezwykle wydajnego. Podstawowy model, RIVER 260 Gen4, waży około 3,0 kg i oferuje pojemność 256 Wh oraz 300 W standardowej mocy wyjściowej, którą dzięki technologii X-Boost można zwiększyć do 600 W w przypadku niektórych urządzeń. Co interesujące, stacja ta jest o około 29,7% mniejsza i 16,9% lżejsza od modelu RIVER 3.

    Dla bardziej wymagających użytkowników stworzono model RIVER 520 Gen4, który waży około 4,6 kg, oferując pojemność 512 Wh oraz moc 500 W, z możliwością zwiększenia jej do 1000 W w trybie X-Boost. Co więcej, większa wersja ładuje się od zera do osiemdziesięciu procent w zaledwie 50 minut, podczas gdy mniejsze urządzenie potrzebuje na to ledwie 42 minut. Oba modele obsługują funkcję zasilacza awaryjnego UPS z niezwykle szybkim czasem przełączania wynoszącym poniżej 10 milisekund. Producent zadbał również o efektywność energetyczną, redukując zużycie prądu w stanie bezczynności o blisko 30% w porównaniu do średniej rynkowej, co pozwala na optymalne wykorzystanie energii z baterii.

    PowerRock 4000: Przemysłowa moc bez kompromisów

    Kolejną gwiazdą berlińskiej ekspozycji jest PowerRock 4000 – przemysłowa stacja zasilania zaprojektowana z myślą o profesjonalistach z branży budowlanej, ekip filmowych oraz służb ratowniczych. Urządzenie dysponuje akumulatorem o pojemności 3 kWh i jest w stanie dostarczyć aż 4 kW mocy w sposób ciągły, a przez 100 sekund może obsługiwać obciążenie do 7,2 kW. Stacja, ważąca 38 kg, wyróżnia się wytrzymałą konstrukcją z metalową obudową, spełniającą normy szczelności IP65. Dodatkowo, konstrukcja jest chroniona wzmocnioną klatką, która gwarantuje przetrwanie upadku z wysokości jednego metra. Z perspektywy europejskich wykonawców istotną zaletą jest wbudowany wyłącznik różnicowoprądowy, który wykrywa upływ prądu 30 mA i błyskawicznie, w czasie krótszym niż 300 milisekund, odłącza zasilanie, eliminując potrzebę stosowania dodatkowych modułów RCD. Szybkość pracy wspiera również błyskawiczne ładowanie, dzięki czemu PowerRock 4000 osiąga pełny poziom naładowania w zaledwie 60 minut.

    Inteligentne systemy domowe OCEAN 2 i STREAM

    EcoFlow nie zapomina również o stacjonarnych rozwiązaniach, prezentując rozbudowane systemy domowe, które przyczyniają się do osiągnięcia niezależności energetycznej. Uczestnicy targów mają okazję zapoznać się z OCEAN 2 – trójfazowym systemem, który łączy obsługę paneli fotowoltaicznych, magazynowanie energii oraz zasilanie awaryjne w domu. System ten charakteryzuje się błyskawicznym czasem przełączania wynoszącym 0 milisekund w przypadku awarii sieci. Urządzenie współpracuje z oprogramowaniem EcoFlow OASIS 3.0, które, na podstawie profilu zużycia energii w danym gospodarstwie, podejmuje optymalne decyzje dotyczące magazynowania lub oddawania energii. Uzupełnieniem stoiska jest debiutująca seria baterii domowych STREAM, która zadebiutuje w czerwcu 2026 roku. Producent zapowiedział, że od października modele z tej rodziny otrzymają nowy tryb pracy lokalnej, umożliwiający zarządzanie energią poprzez aplikację nawet w przypadku utraty połączenia z internetem w domowej sieci.

  • Twój smartwatch kłamie. Wcale nie jest taki… smart

    Twój smartwatch kłamie. Wcale nie jest taki… smart

    Czy smartwatche mogą się mylić? Okazuje się, że tak – bo wcale nie są takie bystre, jak nam się wydawało.


    Wydawać by się mogło, że współczesne inteligentne zegarki naprawdę radzą sobie doskonale z pomiarami i funkcjami, które oferują. Niestety, w wielu przypadkach… po prostu kłamią, a ich pomiary są wcale nie takie dokładne. Naukowcy zbadali, jak radzą sobie z monitorowaniem naszego zdrowia. Wyniki są, niestety, dość niepokojące.

    Smartwatch jednak nie taki bystry

    Nie da się ukryć, że smartwatche to jedna z tych udanych nowinek technologicznych, które na stałe zagościły w naszym życiu. Wprowadzone na rynek, inteligentne zegarki szybko zdobyły uznanie dzięki swojej funkcjonalności, szczególnie w zakresie monitorowania zdrowia i kondycji fizycznej. Zegarek umiejscowiony na nadgarstku ma doskonałą bazę do „obserwacji” i zbierania danych przez cały dzień, badając nasz puls, poziom stresu, zmęczenia, a także śledząc aktywność fizyczną. Czy jednak informacje, które dostarczają, są precyzyjne? Niestety, nie do końca. Analizując najnowsze badania naukowców z University of Michigan i Hope College, można dojść do wniosku, że smartwatche… wcale nie są takie smart. A czasami wręcz wprowadzają w błąd.

    Badania opublikowane w czasopiśmie naukowym „Sensors” ocenili, jak inteligentne zegarki radzą sobie z różnorodnymi pomiarami, które oferują użytkownikom. Wyniki okazały się być zróżnicowane. Najlepiej wypadły w zakresie mierzenia tętna spoczynkowego oraz ogólnego wykrywania snu. W przypadku tętna, rezultaty smartwatchy były niezwykle precyzyjne, z różnicami wynoszącymi od 1 do 2 uderzeń serca na minutę w porównaniu do aparatury medycznej. Wykrywanie snu bądź czuwania wyniosło 90% trafności.

    Algorytmy w zegarkach zawodzą?

    Pora przejść do aspektów, w których nasze smartwatche pozostają nieco w tyle. Wątpliwości naukowców wzbudziła celność mierzenia faz snu. Rozpoznawanie poszczególnych faz, np. głębokiej snu, w przypadku badanych zegarków okazało się niemal losowe, osiągając średnio 50% dokładności – porównywano to do rzutu monetą, co jest zdecydowanie niewystarczające. Problematyczne okazało się również wyliczanie spalanych kalorii, które mogą różnić się od rzeczywistego stanu o 10-20%. Dla wielu osób taka rozbieżność może spowodować, że rzekomy deficyt kaloryczny zamienia się w nadwyżkę. Łatwo zrozumieć, że podczas diety i odchudzania taka nieścisłość jest niedopuszczalna.

    Czytaj dalej poniżej

    Jeżeli chcesz się poczuć jak w filmie szpiegowskim, to ten smartwatch jest dla Ciebie

    Nie ma co liczyć na wszelkie funkcje eksperymentalne, takie jak nieinwazyjny pomiar glukozy, nawodnienia czy ciśnienia. Technologia w takiej formie, która mogłaby być obsługiwana przez smartwatche, po prostu jeszcze nie istnieje. Jeżeli jakiś producent chwali się, że jego urządzenie ją posiada, warto wstrzymać swój entuzjazm i podchodzić do tego z dużym dystansem. Wciąż jedynymi rzetelnymi metodami pomiaru pozostaje profesjonalna aparatura medyczna.

    Skąd wynikają błędy smartwatchy w niektórych pomiarach? Przede wszystkim z metody przeprowadzania tych pomiarów. Zegarek na nadgarstku nie przeprowadza pomiarów wewnątrz ciała, ale opiera się na algorytmach i obliczeniach. Na ich podstawie formułowane są wnioski dotyczące różnych parametrów, takich jak fazy snu czy liczba spalonych kalorii. Choć precyzja w tych przypadkach jest ograniczona, smartwatch może być użyteczny w identyfikowaniu trendów. Można zakładać, że mimo braku dokładności, w pewnym zakresie te dane mogą być przydatne, a zmiany w trendach to także istotna informacja…

  • Wkładasz pendrive powoli? Może przez to działać nawet znacznie wolniej!

    Wkładasz pendrive powoli? Może przez to działać nawet znacznie wolniej!

    Niewielka rzecz, jak powolne wpinanie pendrive’a do gniazdka, może mieć, jak się okazuje, ogromne znaczenie.

    To jedna z tych kwestii, które brzmią jak technologiczny mit, dopóki nie zacznie się badać ich wpływu na działanie sprzętu. Okazuje się, że sposób podłączania niektórych urządzeń USB może znacząco wpłynąć na ich prędkość. Jeśli pendrive lub zewnętrzny dysk USB 3.0 zostaną włożone do portu zbyt wolno, komputer może rozpoznać je jako urządzenie USB 2.0. W efekcie, transfer danych może spaść z teoretycznych 5 Gb/s do jedynie 480 Mb/s.

    Nie oznacza to oczywiście, że każde wolne kopiowanie plików jest winą użytkownika i źle wpiętego pendrive’a. Mechanizm ten dotyczy przede wszystkim starszego i nadal bardzo popularnego złącza USB Typu A, które zostało zaprojektowane tak, aby zachować zgodność ze standardem USB 2.0.

    Dlaczego wolne wkładanie pendrive’a ma znaczenie?

    Złącze USB 3.0 charakteryzuje się bardzo specyficzną konstrukcją. Oprócz styków odpowiedzialnych za komunikację w standardzie USB 2.0, znajdują się tam dodatkowe styki, które umożliwiają szybszy transfer danych. Są one umieszczone głębiej we wtyczce. Problematyczne może być to, że podczas bardzo powolnego wkładania akcesorium komputer może najpierw wykryć tylko styki odpowiedzialne za USB 2.0, zanim nawiąże połączenie z dodatkowymi stykami USB 3.0. W takim przypadku system może rozpocząć pracę w wolniejszym trybie, a dalsze wsunięcie wtyczki do końca nie musi automatycznie skutkować przywróceniem szybszego połączenia.

    Lucian Alexe; Unsplash

    Oto zaskakująco proste rozwiązanie tego problemu: po upewnieniu się, że wtyczka jest prawidłowo umieszczona, należy wsunąć ją zdecydowanym, płynącym ruchem do końca.

    Czytaj dalej poniżej


    Dyson upadł na głowę. Ta szczoteczka zeskanuje twoją jamę ustną

    USB 3.0 jest nawet dziesięć razy szybsze od USB 2.0

    Różnica między tymi standardami jest imponująca. USB 3.0 teoretycznie oferuje prędkość do 5 Gb/s, podczas gdy USB 2.0 osiąga jedynie 480 Mb/s. Oznacza to około dziesięciokrotnie większą przepustowość.

    W praktyce jednak nie należy oczekiwać, że każdy pendrive USB 3.0 będzie kopiował dane z maksymalną prędkością 5 Gb/s. Rzeczywista prędkość transferu zależy między innymi od zastosowanej pamięci flash, kontrolera, rodzaju plików, dysku komputera, systemu operacyjnego oraz używanego przewodu.

    Pomimo tego, przypadkowe przełączenie urządzenia w tryb USB 2.0 może być bardzo łatwe do zauważenia. Jest to szczególnie widoczne podczas kopiowania dużych plików wideo, archiwów czy całych katalogów zdjęć.

    Źródło: Unsplash

    Pendrive działa wolno? Problemy z podłączeniem to nie zawsze główny powód

    Jeśli urządzenie USB nagle zaczyna działać znacznie wolniej, warto sprawdzić kilka czynników. Obie firmy, ELECOM i Dell, wskazują, że sposób podłączenia to tylko jedna z wielu możliwych przyczyn problemów z prędkością. Mogą również wpływać na to nieaktualne sterowniki, ustawienia BIOSu czy przewód ograniczony do USB 2.0.

    Dobrym rozwiązaniem jest rozpoczęcie diagnostyki od najprostszych czynności. Najpierw bezpiecznie odłączamy pendrive’a lub dysk, sprawdzamy, czy korzystamy z odpowiedniego portu, a następnie podłączamy urządzenie ponownie: tym razem zdecydowanym, płynącym ruchem do pełnego wsunięcia.

    Warto także zwrócić uwagę na oznaczenia portów. W wielu komputerach gniazda USB 3.x można rozpoznać po niebieskim kolorze wnętrza lub symbolu SS (SuperSpeed), choć kolor ten nie jest uniwersalnym standardem oznaczania wszystkich współczesnych portów.

    Ta drobna sztuczka nie przyspieszy uszkodzonego pendrive’a ani również wolnej pamięci flash. Może jednak zapobiec sytuacji, w której szybkie urządzenie przez przypadek zostaje uruchomione w znacznie wolniejszym trybie. A jeśli ponowne podłączenie nie przyniesie rezultatów, problemu należy szukać w sterownikach, ustawieniach komputera, przewodzie lub… samym urządzeniu!

  • Nietrafiona prognoza pogody to już przeszłość? Przełomowa technologia od Google

    Nietrafiona prognoza pogody to już przeszłość? Przełomowa technologia od Google

    Czy zdarzyło Ci się przeglądać prognozę pogody na telefonie, przygotowując się na określony scenariusz, a potem wyjść z domu i wszystko wyglądało zupełnie inaczej? Każdy z nas prawdopodobnie doświadczył tej frustracji. Aby rozwiązać ten problem, firma Google zaktualizowała swój model prognozowania pogody, obiecując, że nowe prognozy będą dokładniejsze nawet o 50%.


    Google prezentuje WeatherNext 3: najdokładniejszy model prognozowania pogody wykorzystujący AI

    Jak podano na blogu Google, kluczem do sukcesu nowego modelu jest analiza zdjęć satelitarnych w czasie rzeczywistym, wspieraną przez sztuczną inteligencję. Zebrane i przetworzone dane trafiają bezpośrednio do aplikacji Google, w tym Gemini, Map oraz Wyszukiwarki. Celem jest zapewnienie użytkownikom maksymalnej precyzji prognoz, która – według zapewnień Google – jest teraz lepsza niż kiedykolwiek. Oto parametry dokładności modelu WeatherNext 3:

    • Temperatura i wilgotność: dokładność do 5 kilometrów.
    • Pozostałe parametry powierzchniowe: dokładność do 10 kilometrów.
    • Wskaźniki atmosferyczne (np. prędkość wiatru): dokładność do 25 kilometrów.

    Co to oznacza w praktyce? Oznacza to pięciokrotnie wyraźniejszy obraz pogody w porównaniu do dotychczasowego modelu WeatherNext 2. Poprzedni model korzystał z siatki 25-kilometrowej aktualizowanej co sześć godzin, podczas gdy nowy model wykorzystuje siatkę 5-kilometrową aktualizowaną co godzinę. Ta różnica jest na tyle istotna, że przekłada się na znacznie wyższą dokładność prognoz.

    Tak dokładnego modelu prognozowania pogody jeszcze nie było

    Dlaczego WeatherNext 3 ma być znacznie lepszym modelem od wcześniej stosowanych? Google zauważa, że wykorzystuje dwa wiarygodne źródła danych: satelitarny zbiór IMERG dostarczany przez NASA oraz informacje z naziemnych radarów satelitarnych analizowanych przez autorskie narzędzia amerykańskiej korporacji. Dzięki temu wskaźnik dokładności jest aż o 60% wyższy w porównaniu do danych IMERG oraz o 30% w odniesieniu do systemu radarowego.

    Rezultat? Prognozy opadów dostępne w Mapach Google, Wyszukiwarce i Gemini mają być dokładniejsze nawet o 50%. To niezwykle pozytywny wynik, chociaż Google zastrzega, że atmosfera naszej planety bywa na tyle nieprzewidywalna, że nadal mogą występować niespodzianki. Niestety, tego nie da się uniknąć.

    Czytaj dalej poniżej


    Google skopiuje to z iPhone Ultra. Apple znowu wyznacza trendy

  • To może być nowy hit Google. Grafiki zrobisz w kilka chwil

    To może być nowy hit Google. Grafiki zrobisz w kilka chwil

    Google rzuca wyzwanie Canvie, uruchamiając swoje własne narzędzie do tworzenia i edytowania obrazów, wspierane przez sztuczną inteligencję.


    Google oficjalnie wprowadza Google Pics – nowe narzędzie do tworzenia i edytowania obrazów, które ma stanowić istotny element pakietu Workspace. Zamiast tradycyjnej rywalizacji z Canvą czy Adobe Express, firma koncentruje się na wykorzystaniu sztucznej inteligencji. Użytkownik opisuje swoje potrzeby, a aplikacja generuje grafiki lub modyfikuje istniejące obrazy. Potencjalne zastosowania obejmują m.in. posty na media społecznościowe, plakaty, materiały promocyjne, grafiki internetowe, wizualizacje produktów oraz proste projekty do druku.

    Google Pics działa w pełni na bazie modelu Nano Banana, który zdobywa coraz większą popularność. Narzędzie umożliwia tworzenie obrazów od podstaw na podstawie tekstowych komend oraz import materiałów z komputera, Dysku Google czy Zdjęć Google. Użytkownicy mogą również dodać obrazy referencyjne i wykorzystać ich elementy, kolory czy styl przy generowaniu nowych projektów. Aplikacja przygotowuje kilka wariantów, co daje możliwość dalszego rozwijania najlepszej wersji, a nie tylko polegania na pierwszym wyniku.

    Google Pics ma szansę zyskać uznanie wśród amatorskich grafików. Kto odniesie korzyści?

    Najbardziej interesującą funkcjonalnością Google Pics jest bez wątpienia edycja już istniejących grafik. Narzędzie jest w stanie rozpoznawać poszczególne obiekty na obrazach, co umożliwia modyfikowanie wybranych elementów bez wpływu na całą kompozycję. Użytkownik może zaznaczyć konkretny obiekt, opisać pożądaną zmianę i pozostawić resztę grafiki nietkniętą. Google Pics umożliwia również edytowanie, formatowanie i tłumaczenie tekstu znajdującego się na obrazach, a także pozwala na wprowadzanie kilku zmian jednocześnie, co z pewnością docenią ci, którzy nie chcą spędzać zbyt wiele czasu na edycji. Funkcjonalności obejmują także kadrowanie pod kątem mediów społecznościowych i druku. Dodatkową ciekawostką jest możliwość zwiększania rozdzielczości zdjęć i grafik (upscaling) do jakości 2K lub 4K.

    Google Pics zapewnia pełną integrację z innymi usługami Google. Choć narzędzie funkcjonuje jako odrębna aplikacja, jego funkcje są bezpośrednio dostępne w Dokumentach i Prezentacjach Google. Użytkownicy mogą przywołać edytor po zaznaczeniu grafiki, bez konieczności przełączania się pomiędzy aplikacjami. Google zapowiada, że podobna integracja będzie dostępna w Dysku Google w najbliższych tygodniach. Co istotne, Google Pics umożliwia także współpracę kilku osób nad jednym projektem oraz dzielenie się efektami pracy z innymi użytkownikami.

    Czytaj dalej poniżej

    Nawigacja od Google z fajnymi nowościami. Oto co zmienia się dla kierowców


    Na chwilę obecną Google Pics jest dostępne wyłącznie na komputerach i obsługuje m.in. język polski. Niestety, nie jest dostępne dla wszystkich użytkowników kont Google. Mogą z niego korzystać jedynie posiadacze Google AI Pro i Google AI Ultra, klienci Workspace Business Standard, Business Plus, Enterprise Standard oraz Enterprise Plus, a także użytkownicy Google AI Pro for Education. Należy jednak zaznaczyć, że w przyszłości dostępność tego narzędzia może zostać rozszerzona na inne plany oraz darmowe konta Google.

    Z perspektywy polskiego rynku dostęp do Google Pics jest stosunkowo kosztowny. Google AI Pro kosztuje 97,99 zł miesięcznie. Google AI Ultra można nabyć w dwóch wariantach: za 469,99 zł lub 979,99 zł miesięcznie, różniących się przede wszystkim limitami korzystania z AI. W przypadku firm, koszt Workspace Business Standard wynosi 63 zł miesięcznie za użytkownika przy rocznym zobowiązaniu, a 75,60 zł w elastycznym planie. Dla Business Plus ceny to odpowiednio 99 zł lub 118,80 zł. Warto również pamiętać, że generatywne funkcje AI podlegają limitom wykorzystania.

  • Ważna zmiana na przeglądach aut. Diagności zrobią zdjęcia

    Ważna zmiana na przeglądach aut. Diagności zrobią zdjęcia

    Nadchodzą duże zmiany dla kierowców. Rząd wprowadzi obowiązek robienia zdjęć podczas przeglądów.

    Polscy kierowcy mogą spodziewać się wielkich zmian, które nie tylko wpłyną na ich codzienne życie, ale również na jakość i bezpieczeństwo na polskich drogach. Rząd planuje wprowadzenie obowiązku dokumentowania przeglądów technicznych pojazdów za pomocą fotografii. Oznacza to, że podczas każdego przeglądu nasze auto zostanie uwiecznione na zdjęciach, co ma na celu zwalczanie oszustw, w szczególności tzw. „przekrętu włoskiego”.

    Koniec fałszywych przeglądów. Będą robione zdjęcia

    Rząd zajął się problemem fałszywych przeglądów technicznych w Polsce. Dotyczy to sytuacji, w których pojazd otrzymuje wpis i pieczątkę z rzekomo pozytywnym wynikiem badania technicznego, mimo iż nie był faktycznie badany na stacji kontroli. Tego rodzaju proceder często oparty jest na korupcji lub znajomościach, a także nadużyciach dokonywanych przez zagranicznych pośredników, którzy korzystają z niższych kosztów ubezpieczeń przy pomocy fikcyjnych przeglądów w Polsce. Nowe przepisy mają na celu zakończenie tego procederu, a ich wprowadzenie będzie oznaczać obowiązek wykonywania dokumentacji fotograficznej podczas kontroli w Stacji Kontroli Pojazdów (SKP).

    Celem tej regulacji jest dostosowanie polskiego prawa do unijnej dyrektywy 2014/45/UE, a także podniesienie jakości badań technicznych oraz eliminacja praktyk związanych z „pieczątkami za łapówkę” przy braku pojawienia się auta na stacji. To zjawisko stało się ostatnio coraz powszechniejsze, a ubezpieczyciele od dłuższego czasu apelowali o interwencję władz. Kiedy można się spodziewać wprowadzenia tych zmian? Choć dokładna data nie została jeszcze ogłoszona, sugeruje się, że projekt nowelizacji przepisów ruchu drogowego ma być rozpatrzony przez Radę Ministrów w pierwszym kwartale 2027 roku. Razem z obowiązkiem dokumentacji fotograficznej stacje kontroli pojazdów podlegać będą również surowszej inspekcji.

    Grafika: depositphotos.com

    Proceder włoski, czyli polskie SKP i ubezpieczenia

    Czym dokładnie jest „proceder włoski”, który staje się poważnym problemem w Polsce? W skrócie, chodzi o wykorzystywanie niższych stawek ubezpieczeniowych dostępnych w naszym kraju przez kierowców i firmy z Włoch. Włosi oraz pośredniczące firmy fikcyjnie przerejestrują samochód z Włoch do Polski, aby zyskać nasze tablice rejestracyjne i korzystać z tańszego ubezpieczenia. Fikcyjna rejestracja wiąże się z koniecznością posiadania pozytywnego wyniku corocznego badania technicznego. Właśnie w tym momencie do akcji wkracza Stacja Kontroli Pojazdów, która wystawia zaświadczenie, mimo że pojazd nigdy nie był obecny na stacji.

    Problem szybko wyszedł na jaw w statystykach – wzrosła liczba incydentów z udziałem samochodów z polskimi tablicami… za granicą. Szkody prowadziły do wyłudzeń, ponieważ auta nie należały ani do Polaków, ani nie przeszły rzeczywistych badań technicznych w polskich stacjach. Fikcyjne badania techniczne są formą oszustwa, a ich rozprzestrzenienie może prowadzić do podwyżek składek OC, co odczuje każdy kierowca w Polsce. Dlatego zarówno ubezpieczyciele, jak i rząd starają się znaleźć rozwiązanie tego problemu.

    Z drugiej strony, diagności i stacje kontroli pojazdów mają swoje obawy związane z wprowadzeniem nowych regulacji. Istnieją obawy dotyczące kosztów związanych z archiwizacją zdjęć oraz możliwość wydłużenia czasu każdego przeglądu. Choć jest to zrozumiałe, należy pamiętać, że fikcyjne przeglądy to nie tylko problem ubezpieczycieli, ale także stan zagrożenia dla wszystkich użytkowników dróg. Wszyscy dobrze wiemy, że nie każde auto posiadające pieczątkę jest w pełni sprawne.

  • Nowy model, ważne zmiany. DJI ulepsza swoją popularną kamerkę!

    Nowy model, ważne zmiany. DJI ulepsza swoją popularną kamerkę!

    DJI zaprezentowało drugą generację kamery 360 stopni. Oto DJI Osmo 360 II, która właśnie trafia na rynek europejski.

    Osmo 360 II zachowuje kompaktową konstrukcję swojego poprzednika, jednak wprowadza wiele znaczących zmian zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz: zyskał szybszy tryb nagrywania, większy zakres tonalny, nowe funkcje edycyjne oraz rozwiązanie, na które czekali użytkownicy kamer tego typu: wymienne obiektywy.

    DJI Osmo 360 II – specyfikacja. Co nowego?

    Najważniejszą nowością jest możliwość rejestrowania obrazu 360 stopni w rozdzielczości 8K przy 60 klatkach na sekundę. Pierwsza generacja oferowała maksymalnie 8K/50 kl./s. Wyższa płynność jest szczególnie istotna podczas filmowania sportów, jazdy motocyklem, narciarstwa czy rowerów, gdy szybki ruch zachowuje się z lepszą ostrością.

    DJI zastosowało kwadratowy sensor CMOS o rozmiarze 1/1,1 cala oraz przysłonę f/1.9. Producent deklaruje zakres dynamiczny na poziomie 14,5 stopnia, podczas gdy poprzedni model osiągał 13,5 stopnia. W praktyce ma to pomóc w sytuacjach o dużym kontraście — na przykład podczas nagrywania pod drzewami, w cieniu budynków czy przy jasnym niebie w tle. Za jakość ujęć nocnych odpowiada algorytm AI SuperNight 2.0, który ma za zadanie ograniczenie szumu oraz poprawę widoczności w ciemnych fragmentach obrazu.

    Kamera umożliwia również wykonywanie zdjęć 360 stopni o rozdzielczości 120 megapikseli z HDR. Nowością jest także tryb poklatkowy 16K oraz efekt Vortex w 8K/120 kl./s. Materiał w zwolnionym tempie może być nagrywany w 4K/240 kl./s, a następnie spowalniany w programie DJI Studio nawet 64 razy.

    Czytaj dalej poniżej

    Yongnuo 35 f/2. Solidny obiektyw na co dzień który nie kosztuje fortuny!

    Wymienne obiektywy i 105 GB pamięci

    Jedną z najbardziej praktycznych zmian jest konstrukcja obiektywów. Oba moduły zyskały twardszą powłokę optyczną, a w przypadku uszkodzenia można je wymienić bez konieczności pozbywania się całej kamery. Zestaw dwóch soczewek ma kosztować od 39 euro. Jest to istotna modyfikacja, gdyż wystające obiektywy są szczególnie narażone na zarysowania podczas montażu kamery na kasku, kierownicy czy wysięgniku.

    Osmo 360 II waży 183 gramy, co odpowiada wadze poprzednika. Wbudowana pamięć użytkowa ma pojemność 105 GB, co sprawia, że rozpoczęcie nagrywania nie wymaga natychmiastowego zainstalowania karty pamięci. Akumulator pozwala na rejestrowanie obrazu przez 100 minut w trybie 8K/30 kl./s. Możliwe jest naładowanie go do 80% w zaledwie 22 minuty, a specjalny Battery Extension Rod wydłuża czas pracy o dodatkowe 180 minut.

    Łatwiejsze kadrowanie po nagraniu

    DJI rozbudowało również możliwości obróbki materiału po nagraniu. Funkcja Spotlight Follow utrzymuje wybrany obiekt w centrum kadru, nawet gdy kamera się obraca. Dual Recording pozwala na wygenerowanie z jednego ujęcia widoku skierowanego na twórcę oraz obrazu otoczenia.

    Nowy moduł NFC ułatwia połączenie z aplikacją DJI Mimo. Jedno dotknięcie wystarczy do sparowania urządzeń, przesłania nagrań czy przejścia do edycji. Kamera współpracuje także z wtyczką do DaVinci Resolve, a w każdym trybie wideo obsługuje 10-bitowy kolor i profil D-Log M.

    DJI Osmo 360 II zadebiutuje na rynku europejskim we wrześniu 2026 roku. Cena wersji Standard Combo rozpoczyna się od 589 euro, a wersji Adventure Combo od 739 euro. Nowy model będzie charakteryzować się wodoodpornością do 10 metrów, a w zestawie z dodatkową obudową kamera będzie mogła działać na głębokości do 50 metrów.

  • EA przegina na maksa. Nie potrafią nawet naprawić swojej najważniejszej gry

    EA przegina na maksa. Nie potrafią nawet naprawić swojej najważniejszej gry

    Problemy z EA SPORTS FC: Brak konkurencji jako główny winowajca

    Jeżeli od lat grasz w FIFĘ (obecnie EA SPORTS FC) i co roku lub co dwa lata kupujesz nową odsłonę gry, na pewno zauważyłeś wiele znanych błędów. Electronic Arts coraz bardziej przesadza, a brakuje mu zdrowej konkurencji.

    Od najmłodszych lat fascynuję się grami sportowymi. Pamiętam czasy PES-a 1 i 2, ale prawdziwej pasji doznałem przy kultowym PES-ie 6. Następnie przeszedłem na FIFĘ, gdyż była bardziej przystępna, i od tamtej pory już nie wróciłem. Niestety, brak poważnej konkurencji sprawił, że EA po prostu przestało się starać. Choć można to twierdzić od lat, obecnie firma przegina jak nigdy wcześniej.

    Szczególnie dostrzegam to, ponieważ należę do nielicznej grupy graczy, którym zupełnie nie interesuje tryb Ultimate Team. Drapieżna monetyzacja oraz powszechne zasady „pay-to-win” skutecznie zniechęcają mnie do tego kasyna przebrane za piłkę nożną. Wole grać w trybie kariery menedżera lub zwykłego piłkarza. Próbowałem nawet kariery bramkarskiej, ale szybko się znudziła. To granie przeciwko komputerowi uwydatnia niedoróbki EA SPORTS FC w sposób, który trudno zignorować.

    Chaotyczne algorytmy w EA SPORTS FC 26

    Przykładem nonsensownego zachowania AI jest rozegranie piłki ze środka boiska. Komputer dostaje piłkę, podaje w tył, a następnie zawodnik… wybija ją na aut. Nie jest to incydent, a raczej stała sytuacja, która zdarza się niezmiennie przy niektórych ustawieniach zespołu. To notoryczne zjawisko, które występuje na początku meczu lub po każdym straconym golu. Wygląda na to, że sztuczna inteligencja uznaje oddanie piłki rywalowi w absurdalny sposób za najbezpieczniejsze rozwiązanie. Gratulacje dla EA – poezja taktyczna.

    Źródło: EA Sports

    Kolejną „ciekawostką” jest bezmyślne przechwytywanie piłki przez innych zawodników. Prowadzę akcję, obrońca goni mnie, a mój kolega z drużyny, zamiast zrobić mi miejsce i pociągnąć za sobą rywala, wbiega mi pod nogi, zabiera piłkę i od razu wpada na obrońcę. Ręce mi opadają. Zaczynam podejrzewać, że te błędy nie są przypadkowe, a raczej corocznym znakiem rozpoznawczym tej serii.

    Nieprzyjemności techniczne od lat w EA

    Najgorsze są jednak błędy techniczne, które EA z uporem przenosi z wersji na wersję, niczym rodzinne pamiątki. Weźmy na przykład deszcz. Piłka nożna to gra, której mecze odbywają się nawet w gęstym deszczu. Tylko że w EA SPORTS FC (a wcześniej w FIFIE) deszcz potrafi doprowadzić do drastycznego spadku płynności animacji – problem znany od FIFy 22. A jego „rozwiązanie”? Przełączenie gry w tryb okna. Ironia sytuacji polega na tym, że to gracz musi rozwiązywać ten problem.

    Dodatkowo, tryb zawodnika z opcją sterowania wyłącznie sobą dostarcza kompletnie innego doświadczenia, ale w tej formie nie mamy wpływu na wybór strojów. Efekt? Mecz staje się niegrywalny, więc wolę go symulować zamiast się męczyć.

    Na koniec wisienka na torcie: handicap – zmora tej serii od lat. Są mecze, w których oddajesz trzydzieści strzałów, obijasz słupki i poprzeczki, a bramkarz rywala zamienia się w Spider-Mana. Potem przeciwnik wychodzi z jedną kontrą w doliczonym czasie i strzela jedynego gola. Owszem, w prawdziwym futbolu takie sytuacje się zdarzają, ale nie z regularnością szwajcarskiego zegarka. Tu widać, że takie scenariusze są sztucznie wymuszane przez system, który postanowił, że właśnie teraz musisz przegrać.

    I tak co roku EA wypuszcza nową wersję, która w praktyce jest płatną łatką na poprzednią. Kończy się era EA SPORTS FC 26, a rozpoczyna EA SPORTS FC 27. Umarł król, niech żyje król.