Kategoria: Wiadomości

  • Zniszczyli ponad 100 nowych MacBooków Pro. Powód szokuje

    Zniszczyli ponad 100 nowych MacBooków Pro. Powód szokuje

    Korporacyjne życie rządzi się swoimi własnymi zasadami. Historia, którą przeczytacie, ukazuje pewne absurdy tego świata, a jeśli jest prawdziwa, można dostrzec kilka powodów, dla których firmy mogłyby podjąć taką decyzję. I trudno je w takim przypadku całkowicie potępiać.

    Trudno wyobrazić sobie bardziej absurdalny sposób na zakończenie działalności firmy niż zniszczenie ponad stu sprawnych komputerów. A jednak ta historia zdobywa popularność w Internecie. Były pracownik dużej firmy technologicznej twierdzi, że podczas likwidacji jednego z zagranicznych biur przedsiębiorstwo podjęło decyzję o zniszczeniu ponad 100 MacBooków Pro wyposażonych w układy M4 oraz 48 GB pamięci RAM.

    Sprawa wzbudziła szybkie zainteresowanie, szczególnie że nie chodziło o stare czy uszkodzone urządzenia. Według relacji zamieszczonej przez niego na Reddicie, komputery były w pełni sprawne i miały znaczną wartość rynkową. Zamiast przekazać je pracownikom, darować organizacji charytatywnej czy wykorzystać w innym oddziale, firma miała zdecydować się na ich fizyczne zniszczenie.

    Dlaczego firma miałaby niszczyć sprawne komputery?

    Na pierwszy rzut oka decyzja ta wydaje się całkowicie nieracjonalna. W rzeczywistości jednak przedsiębiorstwa mogą mieć uzasadnione powody, aby nie przekazywać używanego sprzętu. Jednym z najczęściej przytaczanych powodów jest bezpieczeństwo danych. Komputery firmowe mogą zawierać poufne informacje, konfiguracje systemowe oraz klucze dostępu. Usunięcie danych z dysku twardego nie zawsze jest uznawane przez organizacje za wystarczający krok, zwłaszcza kiedy obowiązują restrykcyjne procedury bezpieczeństwa. Internauci wskazują również na kwestie prawne, podatkowe oraz korporacyjne procedury związane z likwidacją majątku przedsiębiorstwa. Żaden z tych powodów nie został jednak oficjalnie potwierdzony – możemy więc tylko spekulować.

    Wartość takiego sprzętu jest niemała

    Historia ta staje się jeszcze bardziej zaskakująca w kontekście aktualnych cen komputerów Apple. Obecnie najtańsza dostępna wersja MBP z 48 GB RAM kosztuje około 15,5 tys. złotych. Nawet biorąc pod uwagę, że w poprzedniej generacji ceny były nieco niższe, nadal mówimy o ogromnych kwotach. Nie wiemy też, czy wszystkie z ponad stu urządzeń opisanych w tej historii miały dokładnie taką samą wartość. Opisane komputery korzystały z generacji M4, a ich rzeczywista cena zależałaby od wielu czynników, takich jak konfiguracja, stan techniczny oraz aktualna sytuacja na rynku wtórnym. Mimo to należy podkreślić, że bezsensowne zniszczenie sprzętu może prowadzić do ogromnych strat finansowych.

    Czytaj dalej poniżej


    Dlaczego klawiatura QWERTY nie jest ułożona alfabetycznie? Będziesz zaskoczony!
    MacBook Pro M3 Pro / fot. Kamil Świtalski

    Historia, która daje do myślenia, ale… warto podchodzić do niej ostrożnie

    Najważniejszy szczegół łatwo przeoczyć: nie znamy nazwy firmy, a cała historia pochodzi od anonimowego użytkownika Reddita. Nie mamy także pewności, czy zapowiadane zniszczenie komputerów rzeczywiście miało miejsce – to może być tylko jedna z wielu niepotwierdzonych opowieści. Dlatego nie należy traktować tej relacji jako uznanego przypadku. Niemniej jednak, jeśli jest to prawda, ukazuje to dość… interesującą stronę korporacyjnego zarządzania sprzętem.

    Ponad sto wydajnych MacBooków Pro mogło zostać uznanych za mniej wartościowe niż koszt ich bezpiecznego przekazania innym. Dla przeciętnego użytkownika brzmi to absurdalnie. W świecie dużych korporacji bezpieczeństwo danych, procedury oraz odpowiedzialność prawna mogą jednak zupełnie zmienić ekonomiczny bilans – dlatego, jeśli ta historia jest prawdziwa, nie jestem wcale zaskoczony.

  • Xteink 3 – recenzja. Czy warto kupić miniaturowy czytnik e-booków?

    Xteink 3 – recenzja. Czy warto kupić miniaturowy czytnik e-booków?

    Xteink X3: nowy hit na rynku

    Xteink X3 to urządzenie, które stało się hitem sprzedaży, regularnie pojawiającym się w wiadomościach technologicznych oraz w mediach społecznościowych. Choć na pierwszy rzut oka może wydawać się eksperymentem, ten kompaktowy gadżet z ekranem e-ink o przekątnej 3,7 cala i wadze zaledwie 58 gramów, zyskał uznanie wśród użytkowników. Można go łatwo schować do kieszeni, a jego skrajna mobilność staje się największym atutem. Należy jednak pamiętać, że nie jest to miniaturowy Kindle, który ma zastąpić tradycyjny czytnik. To raczej kieszonkowy czytnik e-ink, zaprojektowany głównie do krótkich, spontanicznych sesji, który można „przykleić” do smartfona.

    Rozmiar, który ma ogromne znaczenie

    Najważniejszą cechą Xteink X3 jest jego wyjątkowa konstrukcja. Urządzenie waży poniżej 60 gramów i ma zaledwie 5,1 mm grubości, przez co jego noszenie jest niemal niewyczuwalne. Ekran 3,7 cala to nie próba stworzenia miniaturowej wersji Kindle’a, ale świadomy kompromis: mniejsza powierzchnia wyświetlania w zamian za mobilność, której klasyczne czytniki nie oferują.

    Xteink X3 sprawdza się doskonale w codziennych sytuacjach, takich jak oczekiwanie na autobus, przerwa w pracy, wizyta w kawiarni czy krótkie podróże. Osobiście traktowałem go jako dodatek do mojego smartfona, co pomogło mi ograniczyć czas spędzany na przeglądaniu mediów społecznościowych. Działa to znacznie lepiej niż konwencjonalne urządzenia, takie jak PlayStation Portable czy 3DS, które co prawda oferują więcej, ale nie są tak kieszonkowe.

    Czytnik w praktyce: mi się podoba, ale to nie jest rzecz dla każdego

    Mimo niewielkich rozmiarów, ekran Xteink X3 oferuje typowe dla technologii e-ink doświadczenie. Obraz nie świeci w oczy i pozostaje czytelny nawet w pełnym świetle. Urządzenie dysponuje rozdzielczością 259 PPI, co zapewnia wyraźny tekst przy tak małym panelu.

    Jednakże wielkość ekranu może nie przypaść do gustu każdemu. Dla niektórych Xteink X3 będzie idealnym czytnikiem do codziennego użytku, natomiast inni mogą odczuwać dyskomfort przy dłuższej lekturze. Kiedy chcę się zrelaksować na kanapie, wybieram większe modele, takie jak Kindle.

    Warto zaznaczyć, że Xteink X3 nie jest urządzeniem dla każdego. Dla osób, które codziennie czytają długie teksty, większy Kindle czy Kobo będą bardziej rozsądnym wyborem. Natomiast dla tych, którzy czytają w krótszych blokach, jego kompaktowość może być dużą zaletą.

    Ergonomia i fizyczne przyciski

    X3 nie ma ekranu dotykowego; zamiast tego oferuje fizyczne przyciski oraz żyroskop do zmiany stron. W czasach, gdy większość gadżetów stara się naśladować smartfony, takie podejście jest odświeżające. Fajnie wrócić do urządzenia z fizycznymi przyciskami, które są ergonomiczne i responsywne.

    Największy problem? Oprogramowanie, ale…

    Jeśli chodzi o oprogramowanie Xteink X3, to używa ono funkcjonalnych, lecz nieco nieintuicyjnych rozwiązań. Wiele osób może brakować kompatybilności plików, a problematyczne formatowanie tekstu potrafi być frustrujące. Warto jednak zauważyć, że alternatywne oprogramowanie – CrossPoint – może znacząco poprawić funkcjonalność urządzenia, oferując polski interfejs.

    Magnetyczne mocowanie do telefonu: funkcja, która zmienia wszystko

    Jedną z kluczowych funkcji Xteink X3 jest możliwość przymocowania go do kompatybilnego smartfona za pomocą magnesu. To świetne rozwiązanie, ponieważ telefon pozostaje centrum komunikacji, a z tyłu mamy zawsze gotowy do użycia ekran do czytania. Można go również nosić osobno, gdyż jest wystarczająco mały, aby zmieścić się w kieszeni.

    Jak długo działa Xteink X3 i jak go naładować?

    Xteink X3 wykazuje zalety technologii e-ink w zakresie czasu pracy. Producent deklaruje do 10 godzin czytania, co potwierdza moje doświadczenie. Co do ładowania, zastosowany system złącza magnetycznego pogo pin wymaga posiadania dodatkowego przewodu lub adaptera, co może być uciążliwe w dobie powszechnego USB-C. Na szczęście transfer książek można przeprowadzić w prosty sposób, korzystając z mobilnej aplikacji lub wgrywając je na kartę SD.

    Czy warto kupić Xteink X3?

    Xteink X3 nie jest urządzeniem, które wygrywa na tle konkurencji parametrami technicznymi, jednak wyróżnia się wyjątkową formą i sposobem użytkowania. Jest niezwykle mały, lekki i poręczny, co czyni go idealnym kompanem na co dzień.

    Jednak dla osób, które szukają głównego czytnika dedykowanego długim sesjom czytelniczym, Xteink X3 może nie być najlepszym wyborem. Mimo to, jego największą zaletą jest możliwość noszenia go wszędzie, co sprawia, że jest to niezwykle ciekawy sposób na to, aby mieć książkę zawsze przy sobie. Idealnie sprawdzi się dla tych, którzy chcą ograniczyć czas spędzany w mediach społecznościowych i czerpać przyjemność z czytania w każdym wolnym momencie.

    Podsumowanie: plusy i minusy Xteink X3

    Plusy:

    • Bardzo mały i lekki;
    • Ostry obraz;
    • Wygodne, fizyczne przyciski;
    • Magnetyczne mocowanie do smartfona;
    • Dobra aplikacja mobilna;
    • Obsługa karty SD.

    Minusy:

    • Słabe fabryczne oprogramowanie;
    • Mało intuicyjna obsługa;
    • Niedopracowane formatowanie tekstu;
    • Brak języka polskiego;
    • Ładowanie przez pogo pin.

    Xteink X3 to urządzenie, które, mimo swoich ograniczeń, zaskakuje swoją funkcjonalnością i wygodą. Z pewnością znajdzie swoich zwolenników wśród tych, którzy poszukują wygodnego i kompaktowego czytnika.

  • Zamiast kupować, odbierz za darmo. Tę grę warto dodać do biblioteki

    Zamiast kupować, odbierz za darmo. Tę grę warto dodać do biblioteki

    Co nowego w Epic Games w tym tygodniu? Fascynująca przygoda poruszająca istotne zagadnienia.

    Steam od dawna dominuje na rynku cyfrowej dystrybucji gier na PC, jednak konkurencyjne platformy nie ustają w dążeniach do zdobycia części jego użytkowników. Epic Games Store szczególnie intensywnie prowadzi ofensywę, starając się przyciągnąć graczy poprzez różne strategie. Kluczowym elementem tej strategii są regularne, darmowe wydania pełnych wersji gier. Choć sklep nadal znacząco ustępuje Steamowi pod względem skali, popularności i liczby aktywnych użytkowników, cotygodniowe promocje z darmowymi tytułami stały się jego wyróżnikiem oraz jednym z najskuteczniejszych sposobów na zachęcenie użytkowników do częstszego odwiedzania platformy.

    W ostatnich tygodniach gracze mieli okazję bezpłatnie wzbogacić swoje biblioteki o takie tytuły jak The Ouroboros King, Warhammer 40,000: Speed Freeks, wysoko oceniane Citizen Sleeper oraz rytmiczną strzelankę ROBOBEAT. Na platformie znalazła się również klasyczna przygoda I Have No Mouth, and I Must Scream w nowej odsłonie, River City Girls 2, Foretales oraz OTXO i Sol Cesto, które z pewnością spodobają się miłośnikom gier roguelite. W zeszłym tygodniu dostępne były Beacon Pines oraz We Were Here Together, a teraz mamy aż jedną grę w ofercie.

    Epic Games rozpieszcza graczy. Darmowych tytułów nigdy za wiele.

    W tym tygodniu zostałą udostępniona tylko jedna produkcja, która jednak z pewnością zapewni wiele godzin zabawy. Jest nią Caravan SandWitch, stworzona przez studio Plane Toast. Gra to spokojna, narracyjna przygoda osadzona w półotwartym świecie, inspirowanym malowniczym krajobrazem Prowansji, jednak przedstawionym w stylistyce science fiction. Fabuła skupia się na poszukiwaniach zaginionej siostry bohaterki oraz na stopniowym odkrywaniu tajemnic planety Cigalo. W poszukiwaniach rodziny pomoże pojazd, który odgrywa kluczową rolę podczas eksploracji. Bohaterka ma możliwość ulepszania samochodu oraz korzystania z dodatkowych narzędzi, co umożliwia dotarcie do wcześniej niedostępnych miejsc, pokonywanie trudniejszego terenu oraz badanie rozsianych po świecie ruin. Każde nowe odkrycie przybliża ją do rozwiązania zagadki związanej z zaginięciem siostry.

    Cigalo nie jest jednak miejscem sielankowym. Niegdyś zielona planeta została przekształcona w pustynię w wyniku działań człowieka i nadmiernej eksploatacji zasobów. Mieszkańcami planety są przedstawiciele rdzennego gatunku Reinetos, porzucone roboty oraz nieliczni ludzie, którzy pozostali, gdy reszta kolonistów opuściła planetę. Konflikty i relacje z mieszkańcami mają kluczowe znaczenie. Bohaterka wspiera postacie, które spotyka, pomagając im w rozwiązaniu ich problemów, przez co staje się częścią lokalnej społeczności. Gra podejmuje ważne tematy, takie jak ekologia i wzajemna pomoc, ukazując społeczność jako prawdziwy dom w świecie dotkniętym skutkami wcześniejszych destrukcyjnych działań.

    Czytaj dalej poniżej


    Graliśmy w Star Wars Zero Company. Fani XCOM będą zachwyceni?

    Caravan SandWitch jest dostępna za darmo do najbliższego czwartku, 20 sierpnia. Co ciekawego pojawi się w przyszłym tygodniu? Na graczy czeka darmowa gra Cardpocalypse Standard Edition oraz dodatek do Albion Online. O tych tytułach więcej napiszę w przyszłym artykule.

  • Fani Parkside będą zachwyceni. To gra ich marzeń

    Fani Parkside będą zachwyceni. To gra ich marzeń

    W życiu istotne jest, aby działać, ale nie spędzać przy tym zbyt wiele czasu na pracy – i zachować przy tym pozory dobrze wykonanej roboty, pomimo że w rzeczywistości wykonujemy jedynie fuszerkę. O ile to motto dotyczy rzemieślników i szerokiego spektrum usług remontowych, istnieje przypuszczenie, że podobną ideę przyjęli… twórcy gry. Mimo wszystko nie zabrakło im kreatywności, dzięki czemu możemy cofnąć się do szarych, lecz radosnych lat 90. i spróbować swoich sił w fuszerce. Parkside w dłoń i ruszamy do klienta!

    Kolejny niezwykły symulator z Polski

    Rynek gier wideo, szczególnie na PC, przeżywa prawdziwe zatrzęsienie wszelkiego rodzaju symulatorów. Dziś niełatwo znaleźć profesję, która nie otrzymała własnej gry symulującej jej realia. Mycie samochodów, ich naprawa, sprzątanie, prowadzenie sklepu czy restauracji – cokolwiek wymyślicie, istnieje spora szansa, że na ten temat powstała gra. Teraz do tego rosnącego grona dołącza niezwykła produkcja – Majster Symulator, która nie jest jedynie symulatorem remontów. To prawdziwy wehikuł czasu, mający na celu przeniesienie nas do Polski lat 90. – szarej, lecz jednocześnie wesołej, przaśnej, a jednocześnie dumnej. Nieco zagubionej, wciąż próbującej odnaleźć się w nowych, kapitalistycznych realiach. Wysokie blokowiska, małe fiaty 126p, polonezy, gdzieniegdzie alkohol i bieda, ale także nadzieja spoglądająca w przyszłość, a także ambitni mali przedsiębiorcy, którzy szukają sposobu na zarobienie pieniędzy. I do tego zaszczytnego grona dołączamy my.

    Naszą przygodę w Master Symulator rozpoczynamy jako Maciek – chłopak, który nie jest ani mądry, ani głupi, a jak to określił jeden z bohaterów gry, również niezbyt ozdobny. Jego los obdarzył ciotką z Ameryki, która postanowiła podarować swojemu ulubionemu nephew niewielki domek na wsi. Po przybyciu na posesję Maciek szybko weryfikuje swoje marzenia o amerykańskim śnie, bowiem posiadłość przypomina raczej ruderę pełną gratów i nieproszonych gości. Po szybkim uporaniu się z obecną sytuacją, pora wziąć się do pracy. Naszym pierwszym kontaktem zostaje niejaki Zbyszek – majster, który u siebie robi jak u siebie, a u innych – no cóż, sami wiecie jak. Bez zbędnych ceregieli zaprasza nas na współpracę w roli swojego pomocnika. Maciek jeszcze nie wie, że jego życie za chwilę zmieni się o 180 stopni.

    Klimat Polski z lat 90.

    Zamiast Parkside flaszka, zamiast uprawnień wola walki

    Zbyszek rozstawia młodego po kątach, ucząc przy okazji fachu. Tu pomaluj ścianę, tam zetrzyj podłogę, skocz do auta po wódkę, a na koniec ogarniemy elektrykę, i robota zrobiona. Obydwaj panowie oczywiście nie mają żadnych uprawnień, co tłumaczy ich przemyślaną decyzję o grzebaniu w gniazdku bez odłączenia prądu. Ten nie wybacza błędów, co kończy się tym, że Zbyszek pada na ziemię jak długi. Nie jest to jednak jego koniec w tym świecie – jego ciało może zostać usmażone przez prąd, ale dusza pozostaje nienaruszona. W formie ducha towarzyszy Maćkowi, pełniąc rolę opiekuna przypominającego Johnny’ego Silverhanda po roku w Siedlcach lat 90. (z pełnym szacunkiem do Siedlec). Nasz mentor i przewodnik będzie dalej wprowadzać młodego w świat fuszerki, co brzmi jak obietnica znakomitej zabawy.

    Majster pracy się nie boi

    W grze Majster Symulator czeka nas sporo praktyk remontowych, co stanowi absolutnie centralny punkt zabawy. W puli naszych usług znajdziemy bowiem malowanie, szpachlowanie, kładzenie płytek, ustawianie mebli, wiercenie czy podstawową elektrykę. Twórcy mocno żonglują poszczególnymi zadaniami, przez co czasami lista prac w danym mieszkaniu jest długa i wymaga dobrego planowania. Klient często życzy sobie przeniesienia jakiegoś mebla z pokoju do kuchni, wprowadzenia jakiegoś obrazu i odmalowania ściany – konfiguracji bywa sporo, a te skutecznie urozmaicają rozgrywkę. Tym bardziej, że łatwo o schrzanienie sprawy, bowiem przenosząc przedmioty, możemy powybijać szyby i przewrócić meble, przez co wyremontowane mieszkanie nierzadko wygląda gorzej niż przed naszym przybyciem.

    Generalnie możemy nasze remonty wykonywać zgodnie ze sztuką. Wszystko dokładnie wymierzyć, precyzyjnie dociąć, a nawet posprzątać po sobie, nie generując żadnych strat. Jednak nawet sam Zbyszek podpowiada, aby pracę odbywać na oko, zgarnąć kasę i uciekać – jego złotą poradą jest, aby płytki trzymały się ściany jedynie do momentu przybycia klienta. Rzetelne podejście daje nam dodatkowe profity w postaci większego wynagrodzenia, jednak fuszerka to przeznaczone do zabawy. Mowa tu bowiem o prawdziwej fuszerce, a nie barbarzyństwie. Nie chodzi tu o celowe zniszczenie mieszkania, lecz o bezmyślne próby ukrywania błędów i bylejakości, byleby klient się nie zorientował.

    To przypomina mi nieco legendarne „Sąsiedzi”, którzy z uporem maniaka podejmowali się kolejnych wyzwań, kończąc na katastrofie. Tutaj jest podobnie, ale w lokalnych realiach i dla klienta – a u klienta, jak wiadomo, nie robimy jak u siebie.

    Prawdziwa praca daje mniej radości

    Każda z omawianych mechanik dostarcza mnóstwo satysfakcji i stanowi swoistą minigrę. Malowanie, jak to malowanie, jest banalne – o ile nie skończy nam się farba. Przed rozpoczęciem zabawy z pędzlem warto jednak poeksperymentować z gładzią szpachlową i załatać dziury w ścianach. Nie przesadzajmy jednak, bowiem surowiec kosztuje, a przyda się na następnej robocie. Prawdziwą perełką są kafelki, ponieważ podczas kładzenia płytek możemy naprawdę polecieć w przysłowiowe kulki. Dodanie nieco więcej wody do mieszanki kleju, niż zaleca producent, sprawi, że materiału będzie więcej. Po przyrządzeniu mieszanki czas na położenie kilku płytek. Krzyżyków nie potrzebujemy, układamy je – brawo – na oko, docinamy również. Finalnie kwadratowe płytki tworzą mozaikę, której nie powstydziłby się sam Gaudí.

    Najmniej dopracowanym elementem jest zdecydowanie składanie mebli oraz wieszanie elementów na ścianach. Umieszczanie wkrętów (po wywierceniu otworów) czy skręcanie elementów stanowi żadne wyzwanie – sama czynność wymaga jedynie kilku kliknięć i gotowe. Twórcy mogli jednak pokusić się o skomplikowanie sprawy tak, aby było można spartolić robotę jeszcze bardziej, oczywiście w celach humorystycznych. Istniejącym utrapieniem jest za to radzenie sobie z przenoszeniem cięższych przedmiotów. Meble do pewnej wielkości niesiemy jak każdy inny przedmiot – unosi się on w powietrzu, a my musimy odpowiednio lawirować, aby niczego nie potłuc. Gdy mowa o większych gabarytach, wówczas podnosimy rzecz tylko z jednej strony, a reszta sunie po podłodze. Czasami przypadkowo możemy aktywować chwycenie na przykład szafy, co sprawi, że cały segment zostanie przesunięty, a z półek pospadają bibeloty – wówczas trzeba to sprzątać (spoiler: nie musimy). Zdarza się także, że trzeba pozbyć się kanapy czy szafek kuchennych. Na szczęście nie musimy męczyć się z nimi na schodach – od czegoś są w końcu okna, prawda?

    Fuszerka nie tylko u majstra

    Stan techniczny gry na premierę nie był może istną fuszerką, ale twórcy ewidentnie przeoczyli kilka poprawek, jak na prawdziwych majstrów przystało. Pamiętam swoje wrażenia z testów rozgrywki kilka miesięcy temu – dziś mam wrażenie, że niektóre błędy nadal są obecne w grze. Podczas zabawy mój przypadek nie obył się bez kilku resetów spowodowanych brakiem pojawienia się istotnych przedmiotów do ukończenia zadania. Szafka po wyłączeniu trybu dopasowywania do ściany potrafiła wylecieć poza mapę, a innym razem gra nie odnotowywała, że ściana została pomalowana perfekcyjnie, mimo, że farba się skończyła – zadanie wciąż nie było zaliczane.

    Z tego powodu tytuł nie zanotował najlepszego startu, a w momencie pisania tego tekstu gra posiada na Steam „mieszaną” średnią ocen. Na pocieszenie można jednak zauważyć, że twórcy gry traktują rozwój swojego dzieła poważnie, a nie jest to kolejny symulator, który zostanie porzucony dwa dni po premierze. Pozostaje mieć nadzieję na kilka poprawek, które uporządkują sytuację – choć strategii brak. Na plus w każdym razie działa dobra optymalizacja, która umożliwia komfortową zabawę na wyższych ustawieniach nawet na nieco starszym sprzęcie. Chociaż drobne lagi zdarzają się po wejściu do nowych lokacji, szybko ustępują.

    Niestety, jedną rzeczą, której nie da się tak po prostu naprawić, jest oprawa graficzna. Prezentuje styl charakterystyczny dla symulatorów, jednak momentami denerwujący jest niski poziom tekstur, nawet w miejscach, gdzie wykonujemy prace remontowe. Rozumiem ich użycie w oddali, ale nie w miejscach, które obserwujemy z bliska.

    Tego majstra da się lubić, mimo wszystko

    Gry Majster Symulator nie da się ocenić bez kontekstu innych symulatorów dostępnych na rynku. Na ich tle gra od Gray2RGB wyróżnia się unikatowym charakterem oraz dużą dawką humoru, mimo korzystania z wielu znanych assetów i technologii. Gra oferuje coś ekstra, nie tylko symuluje profesję, ale także odwzorowuje rzeczywistość, w której została osadzona. To ogromny plus i rzadko zdarzająca się sytuacja w świecie tego rodzaju produkcji. To główny powód, dla którego gra zasługuje na waszą uwagę. Wystarczy dać twórcom trochę czasu na wprowadzenie istotnych poprawek, a będzie to tytuł, który z pewnością dostarczy nam wielu godzin zabawy. Nie jest idealnie, ale w żadnym wypadku nie jest to zły tytuł. Jako klient, akceptuję tę robotę!

    Majster Symulator (PC)



    plusy

    • Humor i realia Polski lat 90.
    • Sporo ciekawych mechanik remontowych
    • Można robić jak u siebie, można robić jak u kogoś
    • Totalny chaos, gdy przestaje nam zależeć na kliencie
    • Niezła cena (69,99 zł)
    • Zadania bywają zróżnicowane


    minusy

    • Liczne bugi
    • Niektóre elementy zabawy zrealizowane po łebkach
    • Oprawa wizualna niekiedy bije po oczach bylejakością
    • Poboczne zlecenia często się powtarzają
    • Nie wiem co myśleć o muzyce AI

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Apple w końcu szykuje solidny powód, by kupić iPhone’a 18 Pro w wersji Max

    Apple w końcu szykuje solidny powód, by kupić iPhone’a 18 Pro w wersji Max

    Jeśli wierzyć najnowszym doniesieniom, większy wariant smartfona z linii Pro może w tym roku pozytywnie zaskoczyć.


    Apple od lat stosuje prostą zasadę: iPhone Pro Max jest większy, ma pojemniejszą baterię, a czasami oferuje dodatkowe możliwości fotograficzne w porównaniu do swojego mniejszego odpowiednika. Jednak najnowsze przecieki sugerują, że w tej generacji różnice między modelami mogą stać się znacznie bardziej zauważalne niż dotychczas. Właśnie ta generacja może wiązać się z ogromną przewagą większego modelu.

    iPhone 18 Pro Max z dużo większą baterią

    Zgodnie z informacjami pochodzącymi z przecieków regulacyjnych, iPhone 18 Pro Max może otrzymać akumulator o pojemności 5567 mAh w wersji e-sim. Dla porównania, iPhone 18 Pro ma korzystać z ogniwa o pojemności około 4288 mAh.

    To interesujący rozwój sytuacji, ponieważ w poprzedniej generacji różnice były znacznie mniejsze. iPhone 17 Pro Max posiadał akumulator o pojemności 5088 mAh, podczas gdy iPhone 17 Pro miał ogniwo 4252 mAh. Oznacza to, że w przypadku iPhone’a 18 Pro Max pojemność baterii mogłaby wzrosnąć o około 10%, podczas gdy w modelu Pro zmiana byłaby minimalna.

    Warto jednak pamiętać, że nie oznacza to automatycznie 10% wydłużenia czasu pracy na jednym ładowaniu. Na rzeczywistą wytrzymałość wpływają również procesor, ekran, modem i optymalizacja systemu.

    Czytaj dalej poniżej


    iPhone Ultra w polskich sklepach? Nie mamy dobrych wiadomości


    Nowy procesor i modem mogą pozytywnie wpłynąć na czas pracy na jednym ładowaniu

    Oba smartfony mają korzystać z układu A20 Pro oraz nowego modemu C2. Ich większa efektywność energetyczna powinna przełożyć się na dłuższy czas działania, niezależnie od pojemności akumulatora. Pro Max może jednak dodatkowo skorzystać z większego ogniwa. Dla osób, które intensywnie korzystają ze smartfona, grają, nagrywają filmy lub często podróżują bez dostępu do ładowarki, może to być jeden z kluczowych powodów, by zainwestować w większy model… o ile, rzecz jasna, nie przeszkadza im większa bryła urządzenia.

    Jeszcze jedna zmiana: aparat

    Apple może również zastosować inną strategię w zakresie fotografii. Jeden z wcześniejszych przecieków sugerował, że system zmiennej przysłony będzie dostępny wyłącznie w iPhone’ie 18 Pro Max. Na razie nie ma jednak żadnego potwierdzenia tej informacji. Warto jednak zwrócić uwagę, że oczekuje się, iż zarówno iPhone 18 Pro, jak i Pro Max, otrzymają istotne ulepszenia w zakresie aparatów. Nie można więc wykluczyć, że Apple ostatecznie zachowa większość możliwości fotograficznych dla obu modeli.

    Pro Max może nareszcie naprawdę oznaczać WIĘCEJ

    Jeśli obecne przecieki się potwierdzą, iPhone 18 Pro Max nie będzie jedynie większym modelem iPhone’a 18 Pro. Pojemniejsza bateria, potencjalnie dodatkowa funkcja aparatu oraz większy ekran mogą stworzyć wyraźniejszy podział między modelami. Na oficjalne informacje będziemy musieli jednak poczekać do premiery. Na ten moment są to dane oparte na przeciekach, dlatego jak zawsze warto podchodzić do nich z pewną dozą ostrożności. Jak będzie w rzeczywistości: przekonamy się już niebawem, ponieważ oficjalnej prezentacji oraz debiutu nowej linii smartfonów Apple spodziewamy się już we wrześniu!

  • Na tę grę czekają miliony: właśnie padła data premiery. Doczeka się też serialu!

    Na tę grę czekają miliony: właśnie padła data premiery. Doczeka się też serialu!

    Fani Kingdom Hearts długo czekali na konkretne informacje dotyczące nadchodzącej czwartej części tej spektakularnej serii. Jednak twórcy w końcu przerwali milczenie, a podczas tegorocznego wydarzenia D23 Square Enix oraz Disney ujawnili kilka ekscytujących nowości.

    Największą niespodzianką okazał się świat inspirowany filmem Pixara „Coco”, ale to nie wszystko, ponieważ podczas imprezy ogłoszono również, że Kingdom Hearts doczeka się adaptacji w formie anime!

    Sora w świecie Coco. Będzie się działo!

    W najnowszym materiale promocyjnym możemy zobaczyć Sorę w Krainie Umarłych, jednej z najbardziej rozpoznawalnych lokacji znanej z animacji „Coco”. Fani są zgodni, że to doskonały wybór dla Kingdom Hearts 4, gdyż motywy związane z pamięcią, śmiercią, rodziną i więziami między światami idealnie wpisują się w tematykę serii. W pokazanym fragmencie możemy dostrzec również bohaterów oraz przeciwników z nowego świata. Warto dodać, że Sora zyska specjalny Keyblade inspirowany filmem „Coco” i całość prezentuje się wyjątkowo intrygująco.

    Jeśli jakoś umknął Wam film „Coco”, wyjaśnię, że opowiada on o Miguelu, który trafia do świata zmarłych podczas Dia de los Muertos. Jest to produkcja, która w piękny sposób przedstawia historię poświęconą rodzinie i pamięci, wzbogaconą niezwykłą muzyką, która pozostaje w pamięci na długo.

    Kingdom Hearts 4: twórcy zdradzają szczegóły na temat daty premiery!

    To jednak nie koniec nowości. Na D23 ujawniono, że Kingdom Hearts 4 zadebiutuje pod koniec 2027 roku. Gra ma być dostępna na konsolach PlayStation 5, Xbox Series X/S, Nintendo Switch 2 oraz na PC. Dokładny dzień premiery nie został jeszcze podany. Oznacza to, że na powrót Sory przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Z drugiej strony, tegoroczna prezentacja sugeruje, że produkcja jest na zaawansowanym etapie, skoro Square Enix odważyło się pokazać konkretne światy i fragmenty rozgrywki. Informacja o potencjalnej dacie premiery, nawet jeśli jest przybliżona, wywołuje pozytywne wrażenie.

    Czytaj dalej poniżej

    Expeditions: Samurai ma zadatki na fenomenalną historię, ale tu jest jeszcze tyle do poprawienia...

    Kingdom Hearts zyska również swoją serię anime!

    Choć o tym, że gra jest w produkcji, wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu, największym zaskoczeniem jest zapowiedź drugiego projektu związanego z serią: serialu animowanego! Projekt powstaje z udziałem Tetsuyi Nomury (twórcy serii) oraz zespołu Square Enix i ma trafić na Disney+ oraz Disney Channel. Na razie nie ujawniono szczegółowych informacji dotyczących fabuły ani daty premiery, jednak Disney zapowiada nową historię, która ma rozszerzyć uniwersum Kingdom Hearts, zachowując jednocześnie znanych bohaterów i elementy z gier wideo.

    Dla serii, która przez lata była wyjątkowym połączeniem gier Square Enix i światów Disneya, jest to znaczący krok. Kingdom Hearts 4 nawiązuje do nowszych filmów Disneya, a całe uniwersum zaczyna wychodzić poza granice gier. Jeśli kolejne zapowiedzi będą równie fascynujące, rok 2027 może stać się jednym z najważniejszych momentów w historii marki. Miejmy nadzieję, że Nomura i jego zespół nie odlecą za daleko w swoim mambo-jumbo…

  • Pilnie ograniczono pracę elektrowni jądrowej we Francji. Powód zaskakuje i szokuje

    Pilnie ograniczono pracę elektrowni jądrowej we Francji. Powód zaskakuje i szokuje

    Gigantyczny rój meduz ponownie zakłócił funkcjonowanie elektrowni jądrowej w Gravelines, prowadząc do wyłączenia większości zainstalowanych w niej bloków. Podobna sytuacja miała miejsce rok temu, a problem nie został rozwiązany ani przez monitoring, ani przez patrole rybackie, ani też przez procedury wprowadzone po wcześniejszym incydencie.

    Incydent miał miejsce 10 sierpnia, gdy meduzy zablokowały stacje pobierające wodę z kanału połączonego z Morzem Północnym. Zablokowały one systemy filtrujące, co uruchomiło procedury bezpieczeństwa. Reaktory nr 3 i 4 zatrzymały się „automatycznie”, a personel wyłączył blok nr 2 oraz zmniejszył moc bloku nr 1. Reaktor nr 2 wznowił pracę 13 sierpnia, a dwa bloki, które zatrzymały się automatycznie, pozostały wyłączone.

    Znaczenie chłodzenia w reaktorze

    Elektrownia jądrowa potrzebuje stałego usuwania dużych ilości ciepła, nawet gdy reakcja rozszczepienia została zatrzymana, co jest kluczowym elementem całej sytuacji. W Gravelines woda morska jest doprowadzana przez kanał, a stacje pomp oraz wirujące bębny filtracyjne usuwają z niej organizmy wodne i zanieczyszczenia. Nagle napływ galaretowatej biomasy może jednak znacznie ograniczyć przepływ wody lub przeciążyć sprzęt. W takiej sytuacji automatyka „odcina” blok, zanim pogorszenie warunków chłodzenia stanie się poważnym zagrożeniem. Zatrzymanie reaktora, choć niekorzystne dla sieci energetycznej, jest w tym kontekście pożądanym efektem, który świadczy o skuteczności zabezpieczeń. Niemniej jednak, fakt, że meduzy blokują pracę reaktora, budzi poważne obawy ekologiczne.


    Stacje pomp usytuowane są w strefie „nieaktywnej” elektrowni, dlatego meduzy nie miały kontaktu z paliwem ani materiałami promieniotwórczymi. Nie doszło również do uwolnienia substancji promieniotwórczych ani uszkodzenia reaktorów. Mimo to, trzy bloki o łącznej mocy 2,7 GW przestały produkować energię, a pozostały blok działał czasowo z obniżoną mocą. Ostatecznie meduzy zostały usunięte, między innymi przy pomocy ciężarówek próżniowych, a instalacje przygotowano do ponownego uruchomienia.

    Podobny incydent z roku ubiegłego

    W zeszłym roku wystąpiła niemal identyczna sytuacja. Meduzy wówczas doprowadziły do automatycznego zatrzymania bloków nr 2, 3, 4 i 6, częściowo zatykały kraty wstępne oraz bębny filtracyjne. Wprowadzono codzienny monitoring morza, współpracując z rybakami oraz francuską służbą ratownictwa morskiego SNSM. Trzyletni program współpracy z organizacją France Pêche Durable et Responsable ma kosztować 1,5 mln euro, a wsparcie SNSM dodatkowe 30 tys. euro rocznie.

    Czytaj dalej poniżej


    Sąsiad Polski będzie "europejskim Tajwanem"? Oni nie mają nic przeciwko

    Czytaj również: Czy oni oszaleli? Reaktory jądrowe obok domu mają być dla nas ratunkiem.

    Media wskazują, że głównym powodem tej sytuacji jest (co nie dziwi) zmiana klimatu, jednak ten wniosek wydaje się zbyt mocny jak na dotychczasową wiedzę naukową. Niewątpliwie temperatura ma wpływ na tempo rozwoju oraz długość sezonu reprodukcyjnego wielu gatunków, a ponadto: ocieplenie mórz może zwiększać ryzyko masowych pojawień się meduz. Na to wpływają także: prądy morskie, zasolenie, dostępność pokarmu, przełowienie, zanik siedlisk drapieżników oraz ekspansja Inwazyjnych gatunków obcych. Warto dodać, że podobne incydenty zakłócały pracę elektrowni w takich krajach jak Indie, Japonia, Chiny, Szkocja czy Izrael, a problem ten jest znany w literaturze naukowej od wielu dekad.

  • 1500 km nowym Renault Clio w gazie. Auto z LPG może być cool

    1500 km nowym Renault Clio w gazie. Auto z LPG może być cool

    LPG zazwyczaj kojarzy się głównie z oszczędnością, ale Renault Clio Eco-G 120 udowodniło, że można połączyć to z przyjemnością z jazdy.

    W dobie, gdy na naszych ulicach coraz więcej jest samochodów elektrycznych i hybrydowych, pojazdy zasilane gazem stają się coraz rzadszym widokiem. To szkoda, zwłaszcza że w obliczu rosnących cen paliw instalacja LPG wydaje się być doskonałym rozwiązaniem dla naszego portfela. Szczególnie, gdy mówimy o fabrycznej instalacji, która jest oferowana tylko przez nieliczne marki motoryzacyjne. Renault, na przykład, proponuje fabryczne LPG w nowym Clio oraz w modelu Symbioza. Miałem okazję przetestować nowego Renault Clio w wersji Eco-G 120 i sprawdzić, czy „auto na gaz” wciąż może być atrakcyjne. W ciągu ponad 1500 kilometrów jazdy za tym modelem zdążyłem się nim zafascynować.

    LPG już nie oznacza nudnej jazdy. Nowe Clio skutecznie rozprawia się ze stereotypami

    Nie tak dawno patrzono na LPG z pewnym politowaniem, a dziś, tankując paliwo za około 3 złote za litr, dostrzegłem zazdrość w oczach niektórych kierowców na stacji. Dobrze zainstalowane LPG zdecydowanie nie wiąże się już z niskimi osiągami i nudnym prowadzeniem, co udowodniło mi Renault Clio VI.


    Do testów otrzymałem wersję Eco-G 120 z automatyczną skrzynią biegów EDC – warto podkreślić, że to rzadkość w segmencie samochodów z fabrycznym LPG, które zazwyczaj wiążą się z manualną skrzynią. Pod maską pracuje trzycylindrowy, turbodoładowany silnik o pojemności 1,2 litra z bezpośrednim wtryskiem, co czyni go odmianą benzynową TCe 115 przystosowaną do gazu. Efektywność tego rozwiązania równa się 120 KM i 200 Nm, co oznacza wzrost mocy o 20 KM i momentu obrotowego o 30 Nm w porównaniu z Eco-G 100 z poprzedniego modelu Clio.


    Przeniosłem się bezpośrednio z elektrycznego Renault 5, więc na początku brak natychmiastowego momentu obrotowego był odczuwalny. Na szczęście, zmiana ta została złagodzona przez system multimedialny openR Link, oparty na Android Automotive – cyfrowe zegary i dotykowy ekran są ze sobą spójne. Testowane Clio przyspiesza do setki w 9,8 sekundy, co nie czyni go samochodem wyścigowym, ale w trybie Comfort i Sport dynamika jazdy po mieście jest całkowicie wystarczająca. Automat działa płynnie i dyskretnie – w codziennej jeździe wygoda prowadzenia idzie w parze z dobrą precyzją, a na trasie zawsze jest sporo zapasu do wyprzedzania.

    Czytaj dalej poniżej


    BMW, co wy robicie? Reklamy w twoim własnym samochodzie

    Jedyne zastrzeżenia można mieć do zmian przełożenia przy niskich obrotach, co szczególnie odczuwalne jest w trybie ekonomicznym. Używałem go najczęściej w mieście, ponieważ celem testów było uzyskanie jak najniższego spalania. A skoro o spalaniu mowa, przejdźmy do kluczowego tematu tego wpisu, czyli LPG, będącego obok skrzyni EDC najważniejszą cechą tego modelu.

    Samochód na trudne czasy. Przejechanie 100 km kosztowało mnie około 21 zł

    Zbiornik gazu zwiększył pojemność o 25 procent, z 40 do 50 litrów, a w połączeniu z 39-litrowym bakem benzynowym daje to łącznie zasięg do 1450 kilometrów. W testach jeździłem wyłącznie na gazie, choć do rozruchu auto zużywa także niewielką ilość benzyny. Renault deklaruje zużycie LPG na poziomie 6,5 l/100 km, jednak w moim przypadku wyniosło ono dokładnie 7 l/100 km, co można uznać za naprawdę dobry wynik – francuscy testerzy osiągnęli od 6,5 l przy jeździe na trasie do ponad 8 l w mieście.


    Przełączanie na benzynę następuje automatycznie po opróżnieniu zbiornika gazu, ale możemy to zrobić również ręcznie za pomocą przycisku na desce rozdzielczej – czas reakcji jest błyskawiczny, podobnie jak przełączenie na LPG po uruchomieniu silnika. Cały proces trwa dosłownie kilkadziesiąt sekund. Należy jednak zaznaczyć, że kosztem tego typu instalacji jest nieco mniejszy bagażnik, oferujący 260 litrów przestrzeni. Niemniej jednak, patrząc na koszty przejechania 100 km – w przypadku Renault Clio Eco-G 120 wynosiło to około 21 zł – można to zrozumieć.

    Radość z jazdy i estetyki – nowa generacja Renault Clio to naprawdę ładne auto

    Na koniec chciałbym zaznaczyć coś, co być może umyka wielu recenzjom nowej generacji Clio – to naprawdę atrakcyjnie wyglądający samochód. W porównaniu do poprzednika, auto zwiększyło długość o 67 mm, szerokość o 39 mm i rozstaw osi o 8 mm. Typowa, miejska sylwetka ustąpiła miejsca bardziej sportowemu wyglądowi.



    Przód samochodu przyciąga uwagę osłoną chłodnicy z motywami rombów i wąskimi, głęboko osadzonymi reflektorami. Charakteru dodają również sygnaturowe światła LED w kształcie litery C, które doskonale uzupełniają „wężowe” spojrzenie nowego Clio. Miałem okazję testować wersję w kolorze zielonym, ale do wyboru jest aż siedem odcieni – z mojego punktu widzenia, najładniej prezentuje się wersja czerwona.


    Wnętrze jest proste, ale schludnie zaprojektowane, zgodne z dotychczasową stylistyką Renault. Wspomniany wcześniej system multimedialny openR Link jest zarówno czytelny, jak i wygodny w obsłudze. Na plus należy zaliczyć także klimatyzację obsługiwaną za pomocą fizycznych przycisków, dedykowany przycisk do wyłączania oraz włączania funkcji wspomagania kierowcy, a także podświetlane elementy w drzwiach, które nadają wnętrzu elegancji.


    Choć plastikowe elementy są sztywne, podczas jazdy nie wydają żadnych nieprzyjemnych dźwięków. Hałas staje się odczuwalny tylko przy szybszej jeździe, gdyż nowe Clio średnio radzi sobie z szumami aerodynamicznymi. Jednakże, biorąc pod uwagę, że to auto jest zdominowane przez miejskie warunki, takie problemy są znikome.

    Jeśli byłbym młodym kierowcą, z pewnością rozważyłbym Renault Clio Eco-G 120. Młodzi kierowcy często poszukują połączenia atrakcyjnego wyglądu, dynamiki i niskiego zużycia paliwa, a szósta generacja Clio z fabrycznym LPG doskonale wpisuje się w te wymagania. Testowana przez mnie wersja to model Techno, z rozszerzeniami, w tym pakietem safety & driving, bezprzewodową ładowarką oraz usługami łączności przez 8 lat – jej cena wynosi 106 100 zł. Natomiast Eco-G 120 w wersji evolution zaczyna się od 91 900 zł.

  • Taki detektor w swoim smartfonie byś pokochał. Chińczycy szokują świat

    Taki detektor w swoim smartfonie byś pokochał. Chińczycy szokują świat

    Aktywny obszar nowego sensora ma zaledwie 20 x 20 mikrometrów, a jego zastosowanie może prowadzić do opracowania smartwatcha, który będzie w stanie śledzić łodzie podwodne zanurzone w głębinach oceanu. Dane opublikowane w Physical Review Letters wskazują na stworzenie detektora, który bez problemu zmieści się w smartwatchu i charakteryzuje się wysoką odpornością na szum generowany wraz ze wzrostem głębokości obiektu.


    Zespół złożony z naukowców z Chińskiej Akademii Nauk oraz Eastern Institute of Technology opracował miniaturowy sensor wykorzystujący anomalny efekt Halla. Badanie przeprowadzone w lipcu br. w Physical Review Letters dostarcza cennych informacji na temat osiągnięć zespołu. Przy częstotliwości 1 Hz urządzenie uzyskało zdolność wykrywania pola magnetycznego na poziomie 15,7 nanotesli na pierwiastek z herca. To niemal dziesięciokrotna poprawa w porównaniu do wcześniejszych sensorów wykonanych z materiałów ferromagnetycznych, do których badacze porównali swoje osiągnięcie.

    Większa czułość to większy szum? Nie tutaj

    Czujniki Halla rozpoznają pole magnetyczne dzięki napięciu, które pojawia się poprzecznie do płynącego prądu. Są małe, szybkie i zasadniczo proste, co sprawia, że z powodzeniem znajduje się je w telefonach, zegarkach, samochodach i właściwie wszędzie tam, gdzie dokonuje się jakichkolwiek pomiarów. Problem pojawia się jednak w przypadku próby wychwytywania bardzo słabych pól: zwiększanie czułości wzmacnia jednocześnie zakłócenia, szczególnie przy niskich częstotliwościach. W takim przypadku użyteczny sygnał może zniknąć w szumie generowanym przez materiał sam w sobie.

    Źródłem części tego szumu są tzw. tekstury spinowe, które reprezentują przestrzenne układy mikroskopijnych momentów magnetycznych w materiale. Charakteryzują się one drganiem, przesuwaniem się oraz przechodzeniem między stanami, co wpływa na napięcie mierzone przez sam sensor. Chiński zespół stworzył model, który łączy szum z charakterystyczną częstotliwością tej dynamiki. Pomiary wykazały związek odwrotny — im szybciej ewoluowały tekstury spinowe, tym niższy był rejestrowany szum na niskich częstotliwościach.

    Syntetyczny ferrimagnetyk oddzielił czułość od zakłóceń

    Badacze zaprojektowali wielowarstwową strukturę tworzącą syntetyczny ferrimagnetyk, w którym interakcje między warstwami przyspieszają dynamikę tekstur spinowych. Kluczowa była tutaj grubość warstw oraz obróbka cieplna (w kontekście dokładności), a anizotropia magnetyczna musiała zostać dostrojona do obszaru reorientacji spinów. Udało się w ten sposób ograniczyć szum, zachowując jednocześnie silną reakcję materiału na zewnętrzne pole. To właśnie jest kluczowym osiągnięciem badaczy: miniaturowy detektor łodzi podwodnych to jedynie demonstracja skali ich możliwości.

    Czytaj dalej poniżej

    Miesiąc bez smartfona jak nowe życie. To wyzwanie ratuje mózg
    Wyobraźcie sobie znacznie bardziej zaawansowane, mniej inwazyjne sensory umieszczane w urządzeniach medycznych. Takie możliwości dotyczą także smartwatchów i smartbandów.

    Sensor wykorzystuje anomalny efekt Halla, charakterystyczny dla materiałów magnetycznych, związany z ich namagnesowaniem oraz oddziaływaniem spin-orbita. Aktywna część sensora zajmuje kwadrat o boku 20 mikrometrów: to znacznie mniej niż średnica ludzkiego włosa. Jednak kompletny detektor, wraz z elektroniką sterującą, zasilaniem i obróbką sygnału, nie będzie tak mały jak wspomniany włos. Badanie dotyczy elementu pomiarowego wykonanego i przetestowanego w warunkach laboratoryjnych, więc ostateczny produkt może być nieco większy.

    Co z tymi okrętami?

    Stalowy kadłub okrętu zakłóca ziemskie pole magnetyczne, dlatego magnetometry od lat uzupełniają sonary w systemach wykrywania anomalii magnetycznych. Oczekiwano wzmianków, że nowy sensor mógłby rozpoznać okręt z odległości około 500 metrów. Jednak warto tu zaznaczyć, że nie przeprowadzono jeszcze badań, które wskazywałyby na realną analizę z okrętem. Nie posiadamy także konkretnego modelu kadłuba ani raportu z testów morskich. Zasięg działania zależy od wielu czynników, w tym efektywności odfiltrowywania zakłóceń. Jest to obiecujące, lecz… do momentu przeprowadzenia rzeczywistych testów, warto podchodzić do tego z ostrożnością. Mimo to, nie można tego uznać za niemożliwe.

    Czytaj również: Jeżeli chcesz poczuć się jak w filmie szpiegowskim, ten smartwatch jest dla Ciebie.

    Kierujemy się w stronę coraz lepszych sensorów: mniejszych i bardziej precyzyjnych. To dobra wiadomość, nie tylko w kontekście „smartwatchy z możliwością wykrywania łodzi podwodnych”.

  • Rosjanie używają układów NVIDII w atakach na Ukrainę. Są na to dowody

    Rosjanie używają układów NVIDII w atakach na Ukrainę. Są na to dowody

    Wnętrze rosyjskiej rakiety manewrującej S-71M „Monochrom” ujawniło obecność modułu Nvidia Jetson Orin NX z 16 GB pamięci. Jest to sprzęt zaprojektowany dla urządzeń o określonym poziomie autonomii. Obecnie pojawia się kilka pytań: skąd Rosja zdobyła te układy i jakie algorytmy zostały w nich zaimplementowane.


    Informację tę przekazał światu Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy. Na udostępnionych zdjęciach widać uszkodzony moduł z wyraźnym oznaczeniem TE980M-A1, co odpowiada wersji Jetson Orin NX 16 GB. Zgodnie z doniesieniami ukraińskiego wywiadu, jego obecność może sugerować zastosowanie technologii opartej na sztucznej inteligencji w rakiecie (choć nie jest to pewne). Jednak sama identyfikacja sprzętu nie dostarcza informacji o oprogramowaniu ani zasadach funkcjonowania całego systemu naprowadzania.

    Jetson Orin wykonuje lokalne obliczenia oparte na AI

    Ten moduł nie sprawdzi się w dużych centrach danych, ale stanowi kompletny system obliczeniowy dla robotów, dronów i innych urządzeń o różnym poziomie autonomii. Wersja 16 GB łączy procesor ARM, układ graficzny o architekturze Ampere, pamięć LPDDR5 oraz jednostki akceleracyjne dla technologii „computer vision” i deep learning. W momencie debiutu Nvidia deklarowała wydajność układu na poziomie do 100 TOPS, co odpowiada 100 bilionom operacji na sekundę, przy rozsądnym zużyciu energii w przedziale od 10 do 25 W. To umożliwia lokalną analizę danych z kamer i sensorów, bez potrzeby stałego połączenia z serwerem, który odbierałby i przetwarzałby dane.

    Ta charakterystyka pasuje do opisanych możliwości S-71M, rakiety manewrującej zdolnej do działania z udziałem operatora lub w trybie autonomicznym. Komputer pokładowy może odpowiadać za: rozpoznawanie obiektów, łączenie danych z sensorów czy wspomaganie nawigacji, nawet w warunkach zakłócania sygnału. Trudno jednak stwierdzić, które z tych zadań, jeśli w ogóle, były realizowane przez wspomniany moduł Jetson, ani czy korzystał on z modeli uczenia maszynowego. Na chwilę obecną nie mamy podstaw do tego, by twierdzić, że rakieta samodzielnie wybierała cel i podejmowała decyzję o ataku. Moja opinia jest taka, że zaprogramowano jej konkretny cel, a układ odpowiadał za precyzyjne trafienie.

    Skąd Rosja pozyskuje Jetsony?

    To istotne pytanie, które warto zadać. Nvidia ogłosiła o globalnej dostępności tego modelu Jetson w 2023 roku. Zważając jednak na fakt, że po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę firma wstrzymała bezpośrednią sprzedaż do Rosji, a następnie zakończyła swoją działalność w tym kraju, sytuacja staje się bardziej skomplikowana. Ten model nie mógł więc trafić do rosyjskiego odbiorcy (w żadnym przypadku) poprzez regularną sprzedaż prowadzoną przez lokalne struktury Nvidii przed ich likwidacją. Można więc przypuszczać, że Rosja mogła sprowadzić te układy z pomocą swoich licznych przyjaciół, którzy z powodzeniem omijają sankcje.

    Czytaj dalej poniżej

    Laptopy z procesorami NVIDIA? Premiera może być szybsza, niż myślimy

    Nvidia wskazuje, że Jetsony są produktami dostępnymi na rynku, a ich obecność w obiegu wtórnym utrudnia śledzenie każdego egzemplarza. Potencjalny łańcuch dostaw mógł prowadzić przez pośredników, resellerów lub, jak wcześniej zasygnalizowano, zaprzyjaźnione państwo trzecie. Na tym etapie kończą się dostępne dane z GUR. Teraz można dostrzec, na jak niewiele zdają się tego typu sankcje: jeszcze bardziej ironiczne są np. sankcje ogłoszone przez Trumpa wobec Chin w zakresie chipów. Naprawdę sądzicie, że tacy giganci, jak Chiny, nie znajdą sposobu na ich omijanie?

    Technologia podwójnego zastosowania

    Jetson Orin to doskonały przykład sprzętu, którego cywilne przeznaczenie nie wyklucza zastosowania w sektorze militarnym. Ten moduł może sterować robotem w magazynie lub w hali produkcyjnej, analizować obraz z kamer przemysłowych, a nawet… przetwarzać dane z sensorów rakiety. Ukraiński wywiad wykazał również obecność innych zagranicznych komponentów, w tym elektroniki z Chin, w rosyjskiej broni. Dla Zachodu stanowi to poważny problem związany z kontrolowaniem długich i rozproszonych łańcuchów dostaw.

    Czytaj również: Rosja zagraża nam także z kosmosu. Przed takim atakiem trudno się bronić.

    GUR po raz kolejny natrafił na tego typu zaskoczenie. Jeden nadpalony moduł nie dostarczy nam niestety odpowiedzi na pytania: kto go kupił, ile takich egzemplarzy trafiło do Rosji, ani czy jakiekolwiek przepisy zostały formalnie naruszone. Jedyne, co wiadomo, to to, że układ, który pojawił się na rynku po wycofaniu się Nvidii z rosyjskiego rynku, znalazł się w nowym, niebezpiecznym systemie uzbrojenia. Teraz pojawia się pytanie, czy uda się odtworzyć jego drogę do Rosji – czuję, że raczej będzie to trudne.