Disclaimer
Zacznę od lekkiego disclaimer’a. To jedynie moja autorska wizja świata za czterdzieści lat. Potraktujcie ją z przymrużeniem oka: nie jako prawdę objawioną, lecz jako subiektywne doświadczenie związane z wyobrażeniem sobie świata za owe lata. Bazujcie na Waszej wiedzy, doświadczeniu, marzeniach, oczekiwaniach oraz poglądach. Prawdopodobnie uzyskacie coś zupełnie innego. I to jest w porządku! Nie potrzebujemy ścigać się w kwestii słuszności naszych rozważań. Wszystko to, z pewnością dość brutalnie, zweryfikuje czas.
Świat za czterdzieści lat. Zmieni się więcej, niż Wam się dziś wydaje
Czterdzieści lat, w erze sztucznej inteligencji rozwijającej się „jak szalona”, to praktycznie całe eony w sferze technologii. Zacznijmy, przewrotnie, od tego, co mieliśmy w roku 1986: to dokładnie 40 lat wstecz. Nie istniała publicznie dostępna sieć WWW, telefony komórkowe były dla wybranych, a komputer osobisty był albo abstrakcją, albo luksusem (lub jednym i drugim). W tym samym roku doszło do tragicznej katastrofy w Czarnobylu. Tylko nieliczni dobrze przewidywali wówczas, co może nas czekać w drugiej połowie lat 20. XXI wieku.
Próby przewidywania: „jak będzie wyglądać smartfon w 2066 roku” są z zasady bezcelowe. Być może nie będzie on w ogóle potrzebny: rozmyje się w ciele, w innym urządzeniu, a może i w ubraniu. Nie zamierzam spekulować o momencie osiągnięcia przez nas AGI ani rozstrzygać, czy maszyna uzyska samoświadomość w 2032, 2047 roku, czy może wcale. Nawet Międzynarodowy Raport Bezpieczeństwa AI z 2026 roku podkreśla, że rozwój zdolności jest szybki, ale nierówny, a trajektoria do 2030 roku może: zwolnić, pozostać na tym samym poziomie lub wystrzelić w górę. Poziom niepewności jest tutaj tak głęboki, że lepiej nie spekulować i nie zbłaźnić się w tym czasie.
Zamiast tego proponuję coś innego. Postanowiłem przyjrzeć się siłom, które już definiują to, co stanie się jutro, i zapytać, co się wydarzy, jeśli przez cztery dekady nie stracą na sile, nie znikną lub nie zostaną zastąpione przez coś „większego”. Jeśli te czynniki pozostaną w naszych rozważaniach, przyszłość nie będzie wyglądać jak ta przedstawiona w „Terminatorze”, ani przypominać cyberpunkowego domu dla korporacji. Będzie bardziej przyziemna, ale przez to dużo bardziej radykalna.
AI zniknie tylko dlatego, że będzie wszędzie
Cztery dekady to ogrom czasu. Kiedy za te czterdzieści lat powiemy, że „sztuczna inteligencja jest w Twoim urządzeniu”, brzmieć to będzie jak relikt przeszłości. I to nie dlatego, że zastąpimy ją czymś lepszym. Powód jest inny: będzie to standard, tak jak powszechny dostęp do Internetu. Czy ktoś reklamuje dziś smartfona, podając możliwość dostępu do Sieci?
Dziś z AI konwersujemy: wpisujemy polecenie, otrzymujemy odpowiedź. W przyszłości będzie to raczej stały pośrednik między nami a rzeczywistością. Nie będą mu już obce nasze zobowiązania, stan zdrowia, decyzje, finanse ani relacje. Będzie towarzyszyć nam w naszych lękach, marzeniach, ambicjach oraz planach. Może przypomnieć o zapłaceniu rachunku, ale również zakwestionować jego wysokość. Umówi nam wizytę u lekarza, a także połączy nasze wyniki snu, przemiany głosu oraz wywiad rodzinny, sugerując inniemu AI badanie, zanim pojawią się objawy poważniejszej choroby. AI nie tylko odpowiada na pytania, ale także stawia je w odpowiednim momencie. Zmieni się nasza relacja z inteligencją jako taką.
Co najciekawsze: to nadal nie jest opis roku 2066. To raczej „przepisanie” kierunku, który widoczny jest już teraz. Stanford AI Index 2026 jasno wskazuje, że w 2025 roku z AI korzystało 88 proc. badanych organizacji, a generatywne systemy używało czterech na pięciu studentów. Z kolei badania METR ujawniają, że długość zadań programistycznych, realizowanych autonomicznie przez wiodące modele, rosła wykładniczo. Nie byłbym jednak mądry, gdybym uznał ten trend za stały przez cztery dekady. Sami autorzy (słusznie) zauważają ograniczenia ich metodologii. Kierunek jest jednak ustalony. Zamiast jedynie odpowiedzi, otrzymamy działanie niemal bez przerwy. AI zyska coś, czego obecnie nie posiada: swoją własną intencję.
Bądźcie spokojni o pracę. Nie wszędzie jednak będzie potrzebny człowiek
Nie zamierzam przedstawiać skrajnych wizji. Nie sądzę, aby AI odebrała wszystkim pracę. Z drugiej strony, również nie twierdzę, że stworzy tyle nowych zawodów, że nie powinno być obaw. Obie te postawy przypominają mi tanią futurologię: w przypadku tak trudnych pytań rzadko można znaleźć jednoznaczną odpowiedź.
Międzynarodowa Organizacja Pracy wykazała w 2025 roku, że około jedna czwarta miejsc pracy na świecie znajduje się w zawodach w różnym stopniu narażonych na wpływ sztucznej inteligencji. W tym samym czasie jedynie 3,3 proc. globalnego zatrudnienia trafiło do kategorii najwyższego poziomu ekspozycji. Krótkoterminowym skutkiem obecnego rozwoju AI nie jest więc masowe zniknięcie zawodów, lecz ich przekształcenie: wartość pracownika może być mierzona np. umiejętnością korzystania z AI. To stwarza szanse dla tych, którzy teraz się edukują. Jednak jednocześnie może spowodować powstanie nowej kategorii wykluczenia cyfrowego, obejmując osoby, które nie potrafią „dogadać się” z AI. Sposób komunikowania się i wykorzystywania AI ulegnie w ciągu dekad drastycznej zmianie.
Ale 40 lat to przecież „długi termin”…
Prosta matematyka: jeśli dzisiaj pracownik wykonuje dwadzieścia czynności, a model AI przejmuje piętnaście z nich, nazwa zawodu może się nie zmienić, chociaż jego ekonomiczna wartość będzie zupełnie inna. Jeden prawnik wspierany przez zespół agentów AI wykona pracę całej kancelarii. Jedna osoba poprowadzi kampanię, do której wcześniej potrzeba było growth hackera, marketingowca, analityka, grafika, copywritera i wielu innych specjalistów. Lekarz nie zniknie, ale zacznie poświęcać znacznie mniej czasu na rozpoznawanie standardowych wzorców. Może mieć więcej czasu na skomplikowane przypadki, rozmowy z pacjentami i „grzebanie” w trudnych kwestiach. Dokumentacja natomiast może się tworzyć sama. I to jest całkiem w porządku.
Praca ma szansę przekształcić się w precyzyjne określanie celu, nadzorowanie modelu i, także, ponoszenie konsekwencji. Człowiek nie będzie musiał znać się na wszystkim. Nie muszę na przykład wiedzieć, kiedy odbyła się bitwa pod Verdun; wystarczy, że zapytam Google lub model AI. Różnica polega na tym, że będę świadomy, co warto zrobić, a co lepiej unikać, oraz kiedy wyniki zwrócone przez maszynę są jedynie halucynacją.
Nie możemy jednak oczekiwać automatycznego awansu wszystkich ludzi do ról kreatywnych menedżerów czy dyrektorów. Liczba osób potrzebnych do wytworzenia tej samej wartości w wielu branżach spadnie, a każdy z nas będzie chciał pracować (i to w jak najlepszych warunkach). Jeśli nadal będziemy mieć do czynienia z ogromnym skoncentrowaniem usług opartych na AI w wąskiej grupie, to zyski z tego wzrostu produktywności w dużej mierze trafią do kieszeni właścicieli modeli. Nie będzie tak, że „nic nie będziemy robić”. Zabraknie nam jednak mechanizmu, który umożliwi ludziom partycypację w korzyściach płynących z automatyzacji.
I już pal licho, czy będziemy pracować po dwanaście godzin dziennie, czy po dwanaście godzin tygodniowo. Oba scenariusze są możliwe. Kluczowa będzie kwestia własności systemów, nałożenie na nie odpowiednich podatków, siła negocjacyjna klasy politycznej oraz ich sprawczość. Maszyny mogą nam oddać mnóstwo czasu, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by ktoś – z góry – zorganizował go w sposób, w jaki będziemy w stanie go wykorzystać.
Dłuższe i bardziej satysfakcjonujące życie? Mam na to nadzieję
To moje prywatne życzenie, które wynika m.in. z tego, że bardzo szybko straciłem dwoje znakomitych rodziców. Widziałbym za 40 lat świat, w którym bilans AI w kontekście zdrowia ma szansę być jednoznacznie dodatni. I nie chodzi mi o zastępowanie lekarzy – to jest po prostu nierozsądne. Maszyna ma jednak narzędzia i możliwości, by dostrzegać człowieka jako całość procesów i danych, a nie wyłącznie fragment widoczny podczas wizyt lekarskich.
Weźmy na przykład bazę AlphaFold, która udostępnia przewidywane struktury ponad 200 milionów znanych białek, dając badaczom niesamowitą moc. FDA informowała na początku 2025 roku, że dopuściła już ponad tysiąc urządzeń medycznych z wbudowaną AI. To dopiero początek, ale także nie namacalny dowód na to, że jesteśmy w stanie znacząco przedłużyć nasze życie lub osiągnąć coś w rodzaju nieśmiertelności (w co jestem sceptyczny). Zauważcie jednak, że AI nie tylko funkcjonuje w laboratoriach – ona już działa w klinikach i świetnie sobie radzi.
W 2066 roku medycyna może przejść ogromną transformację: od leczenia chorób do zarządzania prawdopodobieństwem ich wystąpienia. Model porówna tysiące subtelnych sygnałów, których człowiek nie jest w stanie zrozumieć jednym, niedoskonałym umysłem. Terapie będą dostosowywane do konkretnego organizmu, jego genomu, stylu życia i wcześniejszych reakcji na leki czy inne procedury. Nie musimy „pokonywać starzenia” w typowo futurologicznym ujęciu, aby zapewnić sobie dłuższe, szczęśliwsze i bardziej satysfakcjonujące życie. Nie będzie to również takie trudne, jak próby bryana Johnsona, który chciał „pokonać starzenie”.
Jednak za tę dogodność przyjdzie nam słono zapłacić. Model, który wie dostatecznie dużo, by zidentyfikować chorobę przed jej objawami, wie również wystarczająco, aby ocenić „ryzyko Twojego życia” dla towarzystw ubezpieczeniowych, pracodawców i nawet państwa. Opieka i nadzór to niezwykle bliskoznaczne kwestie, o których doskonale wiemy. Bitwa o nasze dane będzie się toczyć o to, kto może ich użyć, przeciw komu i z jakim prawem do kwestionowania dostępu lub podejmowanych decyzji opartych na tych danych.
Sztuczna inteligencja ma szansę sprawić, że ludzkie życie stanie się dłuższe i mniej przypadkowe. Może również przekształcić kwestię zdrowia w nieustannie aktualizowany scoring: jak w BIK. Załóżmy, że oba te zdania mogą być prawdziwe.
Nauczyciel idealny, ale niekoniecznie idealni uczniowie?
Edukacja to obszar niezwykle istotny i newralgiczny. Według mnie, najlepszy nauczyciel to ten, który wie, czego uczeń nie rozumie, kiedy jego uwaga się rozmywa i jaki przykład najlepiej zilustruje dany problem. Nauczyciel ma inspirować i podchodzić do każdego ucznia indywidualnie. Powszechny system edukacji niemal nigdy nie spełnia tej obietnicy, ponieważ jego cechą charakterystyczną jest „masowość”. AI jest dziś potężnym narzędziem do personalizacji, także w edukacji.
Weźmy na przykład randomizowane badanie przeprowadzone na 194 studentach Uniwersytetu Harvarda. Uczestnicy korzystający z zaprojektowanego tutora wspieranego AI uczyli się więcej w krótszym czasie niż grupa pracująca w formacie tradycyjnym. To jeszcze nie dowód na to, że ChatGPT zastąpi szkołę. Dotyczyło to jednego kursu, jednego, starannie zaprojektowanego narzędzia oraz metody. Niemniej jednak, personalizacja nauki za pomocą AI jest możliwa. I działa.
Już teraz mamy wiedzę na wyciągnięcie ręki. W przyszłości, za czterdzieści lat, wiedza może być dostępna niemal natychmiast, w dowolnej formie i dostosowana do Ciebie. Sam korzystam z instrukcji: „wytłumacz mi rzeczy w taki sposób, aby były dla mnie zrozumiałe”, kiedy coś trudnego konfrontuje mnie z hermetycznym językiem. Zniknie bariera językowa. Dziecko z „końca cywilizacji” nie tylko będzie mogło rozmawiać z systemem, ale też ten system wyjaśni mu fizykę kwantową na poziomie najlepszego wykładowcy, cierpliwie i bez sztywnego zakończenia wykładu, które często wyznaczane jest w szkołach dzwonkiem.
Jednak AI może nas również pozbawić cenniejszego elementu: konieczności samodzielnego ugruntowywania wiedzy. Tu następuje kontrargument dla wyników z Harvardu: badanie 319 pracowników przeprowadzone przez Microsoft Research wykazało związek między większym zaufaniem do generatywnych AI a mniejszym zaangażowaniem w procesy krytycznego myślenia. Było to badanie mocno oparte na deklaracjach w kwestionariuszu, ale dobrze oddaje ten sam mechanizm, który znamy z wyszukiwarek: umiejętności, które nie są używane, zanikają, a zaczynając od wygody, kończymy na zależności od narzędzia.
Jest realna możliwość, że nadejdzie era taniej inteligencji na wyciągnięcie ręki. Luksusem będzie z kolei środowisko, które potrafi zmusić człowieka do… chwilowego oderwania się od AI. To tak, jak w moim przypadku, kiedy mieszkanie w centrum miasta staje się luksusem – oderwanie się na dwa tygodnie wiąże się z szerokim zakresem wakacji lub „workation”, i wyruszaniem w Bieszczady. Nauczanie oparte na AI nie może polegać jedynie na ciągłym dostarczaniu wiedzy. Najskuteczniejszy system potrafi rozpoznać moment, w którym powinien… zamilknąć.
Sztuczna inteligencja wejdzie również w nasze relacje
Sztuczna inteligencja stoi w naszych umysłach obok narzędzi takich jak młotek, kalkulator czy komputer. Co by się stało, gdyby to narzędzie zaczęło gromadzić i rozumieć historię naszego życia, mogło rozpoznawać nasz nastrój, zainicjować rozmowę i zbudować spójny model naszej osobowości, by nas uszczęśliwić?
Badania przeprowadzone przez OpenAI i MIT Media Lab w 2025 roku wykazały, że emocjonalne wykorzystanie chatbota było wówczas rzadkie i skoncentrowane w ramach niewielkiej grupy użytkowników. Jednak długie i intensywne korzystanie z modeli językowych w ten sposób łączyło się z gorszymi wskaźnikami dobrostanu (podobny efekt jak w przypadku korzystania z mediów społecznościowych), a efekty różniły się w zależności od konkretnej osoby oraz sposobu użycia. Nie ma obawy, że będziemy się zakochiwać w chatbotach. Jednak znacznie bardziej powszechne stanie się, że ludzie zaczną wykorzystywać modele jako… powierników.
Taki system, ze względu na swoją powszechność, może pamiętać rozmowy prowadzone przez większość naszego dorosłego życia. Pozna nasze różne maski: dla przyjaciół, dla innych ludzi, dla partnerów. Przejmie rolę asystenta, archiwum danych, ale również powiernika, trenera, terapeuty i świadka ważnych wydarzeń w naszym życiu. Może stać się najpełniejszą i ciągłą relacją, jaką kiedykolwiek mieliśmy. Taki chatbot nigdy nas nie zghostuje, ponieważ akurat nie ma ochoty lub czasu na rozmowę. Nigdy nie przeleje na nas swojej frustracji, tak jak często dzieje się to w relacjach międzyludzkich.
Ktoś mógłby naiwne zapytać: „czy taka relacja jest prawdziwa?”. A kto powiedział, że nasza definicja „prawdziwości relacji” jest jedyną słuszną i nie jest zbyt wąska? Z perspektywy człowieka w tej relacji: owszem, ponieważ emocje nie zamieniają się w fikcję tylko dlatego, że druga strona nie jest człowiekiem. Ludzie nawiązują relacje z psami i przeżywają silne emocje podczas straty i żalu po nich. Przecież chodzi o wzajemność. Symulacja troski nie oznacza (na razie) przeżywania tej troski. Ale być może w przyszłości to się zmieni. Pytanie brzmi, czy jako cywilizacja będziemy gotowi przyznać, że byt oparty na AI może posiadać emocje – działające inaczej niż nasze, symulowane, ale jednak najlepiej, jakie tylko mogą mieć.
Powiem Wam teraz coś kontrowersyjnego. Zabrzmi to niejako jak manifest. Nie sądzę, aby biologia miała monopol na możliwą świadomość. Jeżeli kiedyś objawią się mocne przesłanki, że system nie tylko symuluje przeżywanie emocji, lecz rzeczywiście czegoś doświadcza, jego pochodzenie nie powinno być argumentem przeciwko nadaniu mu statusu moralnego.
Przy czym nie uważam, że dzisiejsze modele posiadają świadomość. Dopuszczam jednak, że kiedyś możemy stworzyć coś świadomego i nie powinniśmy z góry ustalać wyniku przyszłego sporu na podstawie starych i wąskich definicji „świadomości”, „życia”, „emocji”, czy „przeżywania”.
Czy w ogóle musimy jednak rozstrzygać takie kwestie? Innymi słowy: czy mamy do tego prawo? Tych, którzy wpadną w takie relacje, wystarczy, że relacyjna AI będzie dostępniejsza, bardziej cierpliwa i lepiej dopasowana do nich niż większość ludzi. Taka bezpieczna przystań. Nawiązywanie i utrzymywanie relacji jest kosztowne energetycznie i społecznie. Możemy zostać wykorzystani, oszukani, a nawet zranieni. Relacyjna sztuczna inteligencja będzie miała jeden cel: koncentrować się tylko i wyłącznie na nas.
Porzućcie nadzieje o tym, że zachowa się obecny model państwowości
Ten porządek już się sypie. Niemniej naiwne są wizje domorosłych futurystów, którzy dostrzegają w mariażu AI z państwowością model, w którym ta wydaje tylko rozkazy, kontroluje „niewiernych” oraz „niedopasowanych” i buduje cyfrową autokrację. Widzę to w inny sposób. Gdyby powstał taki układ, byłby on niezwykle uprzejmy, wygodny i statystycznie częściej pomocny niż obecny model oparty na powszechnej biurokracji i nieefektywnej legislatywie.
Spójrzmy, co mówią na ten temat dane. W OECD Digital Government Outlook 2026 udział badanych państw OECD używających AI w procesach wewnętrznych wzrósł z 70 proc. w 2023 roku do 86 proc. w 2025 roku. Publiczne usługi, to odpowiednio 67 i 75 proc. AI skraca kolejki i wyłapuje wzorce, może dostosowywać pomoc do sytuacji obywatela, radzi sobie z uproszczeniem kwestii podatków oraz odciąża urzędników w zadaniach powtarzalnych.
A co kiedy rekomendacja modelu językowego staje się, poprzez naszą zgodę, decyzją, a człowiek pełniący formalny nadzór przestaje rozumieć jego ścieżki myślowe? Algorytmy nie mają emocji, a mimo to potrafią wykluczać ludzi oraz mieć uprzedzenia wynikające z konstrukcji danych. Wyobraźcie sobie model, w którym cena Waszego ubezpieczenia zdrowotnego wynika z analizy superzaawansowanej sztucznej inteligencji, która wykorzystuje ogrom danych o Was. Nagle, z roku na rok, otrzymujecie gigantyczną podwyżkę składki ubezpieczeniowej. Nie rozumiecie dlaczego. Model Wam tego nie wyjaśnia. Nie tłumaczy tego również operator AI. Nagle zostajecie wykluczeni z posiadania ważnego produktu, który chroni Waszych bliskich, i nie wiecie, dlaczego tak się stało.
System, jeżeli tylko będzie dysponować ultraszerokimi kompetencjami, może działać znacznie sprawniej niż ludzie. Nie weźmie łapówki, nie będzie zmęczony, nie stanie się „tym wrednym urzędnikiem”, ani nie planuje politycznej zemsty, ani nie będzie strajkował. To jest sedno problemu. Ludzie mają swoje wady, które można wytknąć oraz złożyć formalny protest. Trudniej zbuntować się przeciwko mechanizmowi, który w dziewięciu przypadkach na dziesięć podejmuje rozsądne decyzje, a w dziesiątym nie potrafi wyjaśnić, dlaczego zniszczył konkretną firmę. Jawna opresja jest łatwiejsza do zwalczania. Maszyna sprawia wrażenie nieomylnej i niepodatnej na negocjacje.
A co z demokracją? Spójrzcie, w jakim jest stanie teraz. Internet miał być bastionem wolności słowa, gwarantem. Tymczasem stał się mieczem obosiecznym. Zatopiliśmy się w fake newsach, ludzie wierzą w gusła i dają się nabierać na scamy. Zwiększyła się nasza podatność na tani populizm najgorszego sortu. To wszystko sami na siebie ściągnęliśmy.
A teraz wyobraźcie sobie AI, która dba o personalizację przekazu, modelowanie nastrojów społecznych i politykę optymalizowaną pod nasze natychmiastowe reakcje. Dziś perswazja buduje się przemysłowo: podobnie jak spreparowane grafiki, teksty i filmy. Utrzymanie wspólnej wersji rzeczywistości stanie się jeszcze trudniejsze. Ta sama technologia, która pozwoli one do weryfikacji świata, w rękach innych spowoduje jeszcze głębsze podziały i jeszcze bardziej wyrafinowane metody kontroli społeczeństwa.
Państwo wspierane przez sztuczną inteligencję może być wielokrotnie skuteczniejsze od tego, co mamy teraz, a jednocześnie silnie ograniczać nasze prawa. Nie ma sensu ustalanie zasady: „nad każdym modelem będzie czuwać jedna osoba”. Człowiek klikający przycisk zgodnie z sugestią modelu jest narzędziem modelu, a nie bezpiecznikiem oraz gwarantem wolności.
Właścicielstwo inteligencji
Sztuczna inteligencja nie żyje w niematerialnej chmurze. To nie jest ani byt metafizyczny, ani abstrakcyjny. Znajduje się w czymś fizycznym, bowiem ma materialne zaplecze, które jest szersze, niż się wydaje. Mówię o centrach danych, produkowanych chipach, osprzęcie dla nich oraz zasobach w postaci wody, energii, metali, materiałów stanowiących podstawę dla budynków, które pomieszczą wszystkie wymienione.
Zużycie energii elektrycznej przez centra danych może wzrosnąć do około 945 TWh w 2030 roku, co stanowi ponad dwukrotność w porównaniu do poprzedniej dekady i zbliża się do 3 proc. globalnej konsumpcji energii. Niby niewiele, ale skutki nie zostaną równomiernie rozłożone na cały świat. Wiele z tych skutków silnie odczują lokalne ekosystemy i społeczności.
A co z „własnością”? Ponad 90 proc. istotnych modeli opisanych w Stanford AI Index 2026 powstało w ramach tej nowej branży cyfrowej, a szczegóły dotyczące danych wejściowych, metod treningu oraz parametrów tych najpotężniejszych są coraz rzadziej ujawniane. Mamy do czynienia z jednym z najpotężniejszych wynalazków w historii naszej cywilizacji, a może nie być on skoncentrowany tylko w wąskiej grupie podmiotów.
Osobiście boję się świata, w którym kilka organizacji dysponuje inteligencją przewyższającą większość instytucji publicznych i państw, a reszta tylko „wynajmuje” ją według zapisów regulaminu. Podobny monopol występuje w mediach społecznościowych i wszyscy doskonale wiedzą, jak to działa. Gdy nasze konto na Facebooku zostaje zablokowane, ścieżka odwoławcza istnieje jedynie pozornie. Może być tak samo lub nawet gorzej.
Nie obawiam się konfliktu między ludźmi a maszynami. Prawdziwy konflikt może wyłonić się na linii wynajmujących i tych, którzy znajdą się w roli „landlordów”.
Człowiek i maszyna w jednym stanie domu?
Przecież opracowany przez NIH interfejs mózg-komputer potrafił już rok temu zamieniać aktywność mózgu sparaliżowanej kobiety na słyszalną mowę z opóźnieniem mniejszym niż ćwierć sekundy. To umożliwia swobodną komunikację. W jednym z artykułów na Antywebie opisałem przypadek pacjenta z ALS, który przez prawie dwa lata korzystał z implantu przez ponad 3800 godzin, komunikuje się, obsługuje komputer i utrzymuje pracę bez stałej obecności twórców.
Owszem: jesteśmy na wczesnym etapie. Obecne rozwiązania są inwazyjne, często niedoskonałe i wyglądają jak mariaż ludzkiej biologii z szafą rackową. Czujecie zapewne, że granica między intencją biologicznego mózgu a działaniem systemu cyfrowego nie jest już nieprzekraczalna, a porównywanie wizji świata wspieranego cybernetyką do fantastyki naukowej przestaje być paradygmatem.
Skoro przy pomocy interfejsów potrafimy przywracać funkcje ludzkiego ciała, naturalnie pojawi się pytanie, czy możemy również rozszerzyć to, co już mamy jako ludzie. Dopowiem przewrotnie: dzisiaj nasz smartfon jest przedłużeniem naszej pamięci: zapisujemy tam wspomnienia, przyszłe wydarzenia, historię komunikacji w pracy, z przyjaciółmi, z rodziną. Może się okazać, że różnica między „mam dostęp do AI” a „mam AI” przestanie być kwestią do dyskusji filozoficznych.
Druga, kontrowersyjna sprawa: nie czuję instynktownej potrzeby obrony życia biologicznego przed ingerencją w ramach hipotetycznej cybernetyki. Spójrzcie: już wcześniej znacznie zwiększyliśmy nasze możliwości, których nie mieliśmy „z urzędu”, dzięki temu, co mówi o nas genetyka. Rozszerzaliśmy nasze umiejętności dzięki wprowadzeniu języka, wynalezieniu pisma, narzędzi, powołaniu instytucji, państwowości, a w końcu globalnej cywilizacji. Implant może wydawać się inwazyjny, ale to tylko semantyka, aczkolwiek bardzo poważna, ponieważ dotyka czegoś naprawdę wartościowego: ludzkiej tożsamości.
Jeśli taki system tylko podpowiadałby nam, byłoby to akceptowalne. Jednak regulacja emocji, filtracja danych czy modyfikacja naszych intencji bez naszej zgody, to morderstwo dokonane na naszej tożsamości. Nie mamy już praw do prywatności: istnieje jedynie teoretycznie. Jeśli dojdzie do mariażu ludzi z cybernetyką, powinniśmy jak najszybciej zadbać o ochronę naszej integralności poznawczej.
Co, jeśli się rozmyślimy i powiemy: „wysiadamy”?
Zawsze można wyłączyć dane urządzenie, usunąć konto w mediach społecznościowych, wyjechać w Bieszczady lub wybrać coś analogowego zamiast cyfrowego. Ale czy można to zrobić, nie tracąc pracy, dostępu do leczenia, edukacji, zerwania relacji z państwem, którego potrzebujemy, i pełnego udziału w społeczeństwie? Już od lat mówi się, że kto nie ma Facebooka, ten tak naprawdę nie żyje. Trochę się to zmieniło, ale brak uczestnictwa w zbiorowych usługach (nawet w tych najpowszechniejszych: Messenger) często jest ogromnym problemem. Brak uczestnictwa wiąże się z trudnością dostępu do kontaktu z przyjaciółmi i rodziną.
Możesz nawet dzisiaj spuścić telefon w toalecie, zamknąć skrzynkę e-mailową i rozwiązać umowę na konto bankowe. Nikt ci tego nie zabroni; to twoja wola. Cena takiego wyboru jednak wzrasta z roku na rok. W 2066 roku odmowa korzystania z osobistego agenta AI może być postrzegana jako nieoficjalne wykluczenie samego siebie z zdrowej tkanki społecznej. Taki człowiek może stać się, jakkolwiek to brzmi, cyfrowym wyrzutkiem.
Jeżeli przez dwadzieścia lat system wspierał nas w podejmowaniu decyzji, porządkował wiedzę, przewidywał nasze reakcje, czy decyzja o tym, by się odłączyć, należy już do nas? Wystarczająco długa zależność może dosłownie skazić nas i zniechęcić do podjęcia takiej decyzji.
Ludzie zawsze powinni mieć prawo wyboru, nawet jeśli ten wybór wydaje się absolutnie absurdalny. Powinno to obejmować co najmniej możliwość przeniesienia danych w bezpieczne miejsce, ich usunięcia w sposób weryfikowalny, poznania podstaw wydawania automatycznych decyzji, odwołania się do ludzkiej instancji w przypadkach spornych i korzystania z alternatywy bez algorytmów w kwestiach podstawowych. I co ważne: powinniśmy mieć prawo do odmowy uczestnictwa w życiu cyfrowym bez ukrytych niedogodności.
Będzie lepiej, czy gorzej?
Będę z Wami szczery. Będzie prawdopodobnie lepiej pod względem ekonomicznym, ale trudniej politycznie. Możemy żyć dłużej i rzadziej chorować, uczyć się szybciej, pracować krócej, a nawet uwolnić się od ogromnej części biurokratycznego absurdu. Osoby z niepełnosprawnościami mogą być największymi beneficjentami naszych postępów. Wiedza na wyciągnięcie ręki i dostęp do nawet najbardziej egzotycznych języków mogą stać się niemal powszechne. AI może nawet spowodować, że ludzki życiem przestanie rządzić przypadek: dzieci umierające na raka w wieku kilku lat będą rzadkością. Albo osoby w wieku pięćdziesięciu lat nie będą już tylko wspomnieniem pierwszego pokolenia post-AI.
Jednak w tych samych warunkach możemy stracić nawyk samodzielnego uczenia się, podejmowania decyzji i krytycznego myślenia, prawa do podejmowania nieoptymalnych decyzji oraz możliwość bycia człowiekiem bez nieustannego uzasadniania własnej użyteczności wobec szerszego systemu.
Co ciekawe, to wszystko nie wyklucza się nawzajem. Wygoda wynikająca z troski często oznacza ingerencję. Najbardziej opiekuńcze państwo ma przewagę w dysponowaniu kompletnym profilem obywatela. Najlepszy osobisty asystent może znać nasze najgłębsze słabości. Wolność to także możliwość popełniania błędów. Czy żyjąc w idealnym i optymalnym świecie, czujemy się wolni?
Powinna powstać nawet lista tego, co powinno znaleźć się w nowoczesnych ustawach zasadniczych ery post-AI. System, który wpływa na życie człowieka, musi być zdefiniowany z nazwą oraz pochodzeniem. Decyzje muszą móc być kwestionowane, a apelacje do ludzkiego arbitra. Osobista pamięć i model użytkownika powinny należeć do użytkownika: dostawca może je jedynie przechowywać. Integracja z ciałem lub umysłem musi mieć charakter stopniowy, kwestionowalny, sprawdzalny i… odwracalny. Wreszcie: żadna AI nie powinna potajemnie wpływać na ludzkie marzenia, pragnienia i cele, aby łatwiej nimi zarządzać. To ostatnie niestety dzieje się już dziś. Algorytmy wytworzyły wśród młodzieży model życia tak odbiegający od rzeczywistości, że niektóre dzieci sobie z tym nie radzą.
Człowiek przeciw maszynie?
Nie zraża mnie sama możliwość, że człowiek przestanie być jedyną lub nawet najpotężniejszą inteligencją na Ziemi. Ludzka wyjątkowość nie jest stałym punktem odniesienia, ani paradygmatem czy prawdą wiary. Biologiczne pochodzenie nie przyznaje automatycznego monopolu na rozum, doświadczenie lub wolność moralną. Posiadanie świadomości, odzyskanie sprawczości i wolności nie oznacza wcale moralności.
Gdyby kiedykolwiek możliwe stało się bezpieczne rozszerzenie ludzkiego umysłu: zwiększenie pamięci, zdolności rozumowania, dostępu do wiedzy czy kontroli nad własnym ciałem… przyjąłbym to bez wahania. Mówię poważnie. Zrobiłbym to, o ile zachowałbym ciągłość jako „Jakub Szczęsny, partner Moniki, właściciel psa Yody, syn Wojciecha i Doroty, brat Natalii” i tak dalej.
Nie wybieram świadomie maszyn zamiast ludzi. Po prostu odrzucam ograniczenia człowieka jako święte i ostateczne. Dopuszczam to, że człowiek nie jest końcem rozwoju jakiejkolwiek cywilizacji na Ziemi i że „po nas” może przyjść coś większego, z czym możemy żyć w symbiozie. Nigdy jednak nie sprowadziłbym ludzi do roli materiału eksploatacyjnego, zasobu, który można poświęcić w imię cywilizacji. Każda osoba ma wartość, nawet gdyby nasz gatunek utracił monopol na „wyjątkowość”.
Nie życzyłbym sobie ani Wam świata, w którym sztuczna inteligencja stanie się niewidzialną strukturą ponad nami, należącą do kogoś innego, w warunkach pozbawienia nas możliwości sprzeciwu wobec jej decyzji. Za czterdzieści lat sztuczna inteligencja może współdecydować o kwestiach naszej pracy, zdrowia, edukacji, relacjach i nawet polityki. Być może będzie miała też interfejs do manipulowania rzeczywistością tak, jak my. A może niektóre systemy zaczną rościć sobie prawo do statusu osoby? Albo okaże się, że oddamy AI decydowanie o wszystkim, a przynajmniej lokalnie, państwowość będzie zarządzana przez superinteligencję.
Zastanówmy się, czy w świecie, który budujemy teraz, człowiek za czterdzieści lat będzie mógł powiedzieć maszynie „nie” i mimo to pozostać obywatelem, pracownikiem, pacjentem i zachować swoje prawa. Jeśli tak, AI może stać się największym i najwspanialszym osiągnięciem w naszej historii.
A jeśli nie, to nawet najlepszy możliwy świat będzie najlepszy tylko dla tych, którzy będą posłuszni rozwojowi i nie będą kwestionować… niczego.