Kategoria: Wiadomości

  • OpenAI bierze się za prawników. ChatGPT for Law został ogłoszony

    OpenAI bierze się za prawników. ChatGPT for Law został ogłoszony

    Na polskim rynku prawniczym pojawia się nowe narzędzie od firmy OpenAI, odpowiedzialnej za rozwój modeli z rodziny GPT. Astra for Law przeszukuje bazy danych w poszukiwaniu przepisów i precedensów.


    Doradztwo prawne to obszar idealnie skonstruowany do wykorzystania przez sztuczną inteligencję. Zarówno przeszukiwanie rozbudowanych aktów prawnych, jak i analiza danych z podobnych spraw stają się znacznie bardziej efektywne z pomocą AI. Teraz prawnicy mają możliwość korzystania z modelu, który został stworzony specjalnie dla ich potrzeb. Mowa o Astra for Law – narzędziu bazującym na wersji GPT-6 Astra, zaprojektowanym z myślą o branży prawniczej. Deweloperzy zapewniają, że nie jest to zwykły chatbot, lecz system wykazujący zrozumienie oraz umiejętność analizy przepisów i precedensów.

    Astra for Law oficjalnie zaprezentowana

    Astra for Law to nowy model GPT-6 Astra, wzbogacony o dedykowany indeks wyszukiwania prawniczego oraz precyzyjne instrukcje do analizy i pisania w języku prawnym. W praktyce narzędzie to ma wspierać prawników w realizacji badań opartych na faktach przedstawionych przez klientów, budowaniu argumentacji i warunków umów, identyfikowaniu słabości spraw oraz ocenie wpływu przepisów na ryzyko. Obecnie narzędzie dostępne jest wyłącznie w Stanach Zjednoczonych. Indeks obejmuje amerykańskie orzecznictwo, ustawy, regulacje, regulaminy sądowe oraz decyzje administracyjne, co łącznie składa się na 230 milionów URL-i aktualizowanych codziennie. OpenAI nawiązało współpracę z Free Law Project, co pozwoliło na umieszczenie w systemie kolekcji CourtListener, obejmującej ponad 99,9% opublikowanego precedensowego orzecznictwa w USA.

    Specjalizacja Astry w obszarze prawa przyniosła wymierne efekty. W teście Vals AI Legal Research Bench model Astra for Law uzyskał wynik poprawności na poziomie 54% pytań, podczas gdy GPT-6 Astra z samym wyszukiwaniem internetowym osiągnął jedynie 38,7% przy najwyższym poziomie rozumienia.

    OpenAI przyjęło interesującą strategię wdrożenia. Nie ma mowy o rewolucji w kancelariach, lecz o płynnej ewolucji. Prawnicy nie muszą przenosić swoich baz danych do Astry, ponieważ firma postawiła na integrację.

    Czytaj dalej poniżej


    Świat ma pół roku na przygotowania. Po tym eksperci wieszczą katastrofę

    Ogłoszono 26 pluginów partnerskich, w tym z iManage, Intapp, DeepJudge, Relativity i Clio.

    Grafika: depositphotos.com

  • Wielka zmiana w mObywatelu coraz bliżej. Ruszyły testy

    Wielka zmiana w mObywatelu coraz bliżej. Ruszyły testy

    Europejski Portfel Tożsamości Cyfrowej zbliża się wielkimi krokami. Polska rozpoczęła testy, które mają na celu ułatwienie korzystania z mObywatela również poza granicami kraju.

    mObywatel to obecnie jedna z kluczowych aplikacji w Polsce, jednak jej funkcjonalności w dużej mierze kończą się na granicy naszego kraju. Cyfrowy dowód osobisty, prawo jazdy, legitymacje oraz różnego rodzaju potwierdzenia i certyfikaty zawodowe są dostępne na wyciągnięcie ręki, ale tracą na znaczeniu, gdy opuszczamy Polskę. Ta sytuacja ma ulec zmianie wraz z wprowadzeniem Europejskiego Portfela Tożsamości Cyfrowej, a Polska właśnie podjęła kolejny krok w kierunku jego wdrożenia.

    Ministerstwo Cyfryzacji ogłosiło uruchomienie piaskownicy (sandbox) Europejskiego Portfela Tożsamości Cyfrowej w dniu 16 września. To specjalnie przygotowane środowisko testowe, w którym uczestniczył Centralny Ośrodek Informatyki, umożliwia firmom i instytucjom sprawdzanie, jak ich systemy oraz usługi będą współpracować z nowym sposobem cyfrowego potwierdzania tożsamości. To kluczowy etap przygotowoń do zmian, który umożliwia bankom, operatorom telekomunikacyjnym i firmom transportowym opracowanie własnych rozwiązań przed oficjalnym uruchomieniem usługi.

    Europejski mObywatel coraz bliżej. Warto na niego czekać

    Uczestnicy sandboxa zyskają dostęp do demonstracyjnej wersji aplikacji mObywatel Europa. Na początek mogą korzystać z testowych danych identyfikacyjnych i sprawdzać ich weryfikację za pomocą opracowanego do tego celu narzędzia internetowego. Organizacje mają również możliwość zgłaszania błędów, uwag oraz propozycji zmian. Co istotne, w ramach Europejskiego Portfela Tożsamości Cyfrowej nie będzie konieczności przekazywania wszystkich danych zawartych w dokumencie użytkownika. Możliwe będzie przesyłanie wyłącznie informacji niezbędnych w danej sytuacji, na przykład potwierdzenia wieku, tożsamości lub uprawnień do prowadzenia pojazdu. Rozwiązanie ma być stosowane zarówno przez administrację publiczną, jak i sektor prywatny w całej Unii Europejskiej.

    Polska wersja portfela powstaje w ramach ekosystemu mObywatela. Jest to istotne, zwłaszcza że na początku roku pojawiały się informacje sugerujące potrzebę stworzenia zupełnie nowego rozwiązania. Wówczas przestrzegano, że dotychczasowa architektura mObywatela nie spełnia wymagań europejskiego systemu. Ostatecznie jednak zdecydowano, że europejski mObywatel będzie zintegrowany z istniejącą aplikacją. Ciekawostką jest, że początkowo będzie ona osobną aplikacją, która będzie wymagać podstawowego mObywatela. To z jego poziomu użytkownik przejdzie do procesu pobrania europejskiej wersji oraz aktywacji, a do uruchomienia europejskiego dokumentu będzie wymagany e-dowód z warstwą elektroniczną. Pełniejsza integracja obu rozwiązań jest planowana na późniejszym etapie, dlatego na ten moment szczegóły ich współpracy pozostają nieznane.

    Czytaj dalej poniżej

    mObywatel zachwycił kierowców. Te liczby nie kłamią!

    Warto dodać, że EPTC ma w przyszłości usprawnić korzystanie z zagranicznych usług, bankowości, wynajmu samochodów, potwierdzania uprawnień oraz obsługi dokumentów podczas podróży w obrębie Unii. Polska już teraz angażuje się w europejskie pilotaże, w ramach których testowane są m.in. cyfrowe poświadczenia podróży, mobilny dowód rejestracyjny oraz rozwiązania dotyczące płatności i bankowości.

    Choć do szerokiego udostępnienia mObywatela Europa pozostało jeszcze sporo pracy, istnieje prawdopodobieństwo, iż będzie to miało miejsce jeszcze w tym roku. Kilka miesięcy temu Ministerstwo Cyfryzacji zakładało, że aplikacja zostanie uruchomiona do 2026 roku. Czy tak się stanie? Przekonamy się już niebawem.

  • DJI jeszcze bliżej Polaków. Ogromne promocje na start nowego sklepu

    DJI jeszcze bliżej Polaków. Ogromne promocje na start nowego sklepu

    Jeżeli pragniecie skorzystać z atrakcyjnych obniżek sprzętu DJI, już dziś możecie zaplanować wizytę w ich nowym polskim sklepie.

    Już 26 września o godzinie 10:00 w krakowskiej Bonarce zainauguruje swoją działalność pierwszy salon DJI Store w Małopolsce. Z okazji otwarcia firma przygotowała atrakcyjne rabaty, sięgające nawet tysiąca złotych, limitowane upominki oraz konkurs, w którym główną nagrodą będzie dron. Dla wielu osób to nie tylko nowy sklep z elektroniką, ale znakomita okazja, by z bliska poznać i przetestować sprzęt DJI na żywo, zamiast zamawiać go w Internecie czy podróżować do innych miast w celu zakupu.

    Nowy sklep DJI w Krakowie – Promocje na starcie

    Nowy punkt sprzedaży będzie pełnił rolę showroomu, gdzie klienci będą mogli na miejscu obejrzeć drony, kamery oraz akcesoria, a w wybranych przypadkach także je przetestować przed zakupem. Dla wielu użytkowników to istotna zmiana: możliwość bezpośredniego dotknięcia sprzętu, sprawdzenia jego funkcji w akcji oraz oceny ergonomii, a także porównania różnych modeli często decyduje o wyborze konkretnej konfiguracji. Według zapowiedzi, obsługa w sklepie pomoże klientom w doborze rozwiązań dopasowanych do ich potrzeb, czy to w produkcji wideo, fotografii, czy tworzeniu treści dla social mediów.



    Z okazji otwarcia, DJI przygotowało promocje na wybrane zestawy, w tym flagowe kombinacje takie jak Mavic 4 Pro 512GB Creator Combo, Avata 360 Fly More Combo, Osmo Pocket 4 Creator Combo oraz Mini 5 Pro Fly More Combo. Rabaty na tych modelach mogą wynieść nawet 1000 zł, co stanowi znaczną oszczędność. Pierwsze 50 osób w kolejce otrzyma specjalny upominek, a kolejne 50 klientów, którzy wydadzą minimum 400 zł, będzie mogło dokupić mikrofon DJI Mic Mini 2 za jedynie 1,23 zł oraz odbierze kubek termiczny z logo firmy. Dodatkowo wśród wczesnych odwiedzających rozlosowany zostanie dron DJI Osmo Pocket 4P, który trafi także do regularnej sprzedaży.

    Otwarcie wzbogacą spotkania z polskimi twórcami internetowymi, w tym Marcinem Banotem (kanal BNT), oraz wystąpienie gościa specjalnego. Organizatorzy zachęcają do przybycia jak najwcześniej, gdyż liczba upominków oraz produktów w promocyjnych cenach jest ograniczona, a kolejka może być długa.

    Czytaj dalej poniżej


    Poważne zarzuty wobec biedronki. UOKiK mówi o zmowie i grozi ogromną karą
  • Świat oszalał na punkcie nowego gatunku kota. To pierwszy przypadek od ponad 100 lat

    Świat oszalał na punkcie nowego gatunku kota. To pierwszy przypadek od ponad 100 lat

    Przez wiele lat uważano go za przedstawiciela znanego gatunku, jednak analiza jego DNA ujawnili, że mamy do czynienia z całkowicie nowym gatunkiem kota.


    Od 1923 roku świat nauki był przekonany, że na Ziemi żyje około 41 gatunków kotów – to liczba przybliżona, ponieważ niektóre populacje raz uznawane są za osobne gatunki, a innym razem za podgatunki. Dzięki nowym badaniom, opublikowanym w „Current Biology”, wiemy, że do tej liczby należy dodać co najmniej jeden nowy gatunek. Leopardus tilcayo to mały, urokliwy kot, który szybko zyskał popularność w mediach społecznościowych. Co warto o nim wiedzieć?

    Początki z niezwykłym kotem domowym

    Historia zaczęła się niepozornie, gdy badaczka National Geographic w 2016 roku otrzymała telefon od ośrodka ochrony zwierząt w Boliwii. Do placówki trafił nietypowy kot, znaleziony przez lokalnego mężczyznę na drodze w pobliżu lasu. Mężczyzna początkowo sądził, że to dziwna odmiana kota domowego, ale po roku stwierdził, że zwierzę jest zbyt dzikie.



    Źródło: National Geographic

    Kot został poddany badaniom przez Paolę Nogales-Ascarrunz – wspomnianą badaczkę National Geographic, a także założycielkę Bolivian Felids Research Program, czyli programu badań nad kotowatymi w Boliwii. Zwrócono uwagę na niewielką, pomarszczoną twarz, krótkie i zaokrąglone uszy oraz długie wąsy – na podstawie tych cech uznano, że zwierzę nie jest typowym przedstawicielem kotów domowych. Dodatkowo zauważono niewielkie plamki, przypominające umaszczenie lamparta. Nogales-Ascarrunz zrobiła kotu ponad 100 zdjęć, nie zdając sobie sprawy, że odkryła nowy gatunek.

    Mieszkańcy znali go od lat, naukowcy nie mieli o nim pojęcia

    Z uwagi na podobieństwo do ocelota tygrysiego (Leopardus tigrinus), badaczka początkowo przypisała odnalezionego kota do tego gatunku. Jednak w 2019 roku, gdy przygotowywała broszurę poświęconą boliwijskim kotom, dostrzegła znaczące różnice w umaszczeniu. Przez następne lata Paola Nogales-Ascarrunz rozwijała swoje umiejętności w zakresie analiz genetycznych, co w końcu umożliwiło jej zbadanie genomu niezwykłego zwierzęcia. Dopiero wtedy badania nad Leopardus tilcayo nabrały tempa – do zespołu badawczego dołączyli Eduardo Eizirik, genetyk z Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego Rio Grande do Sul w Brazylii, oraz Jonas Lescroart z Uniwersytetu w Antwerpii. Zespół naukowców ustalił odrębne miejsce nowego gatunku na genealogicznym drzewie kotowatych. To pierwsza taka klasyfikacja od 1923 roku.

    Czytaj dalej poniżej

    Mars będzie dla nas nie lada wyzwaniem. I to jeszcze zanim postawimy na nim pierwsze kroki

    Skąd nazwa Leopardus tilcayo? Druga część tej nazwy ma równie tajemnicze co banalne pochodzenie. Słowo tilcayo nie ma etymologicznego znaczenia w języku hiszpańskim i prawdopodobnie jest wymyśloną nazwą własną. Lokalni mieszkańcy, którzy od dawna zdawali sobie sprawę z istnienia tych kotów, używali nazwy tilcayo, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Nikt jednak nie podejrzewał, że mamy do czynienia z gatunkiem nieznanym światu nauki.



    Źródło: National Geographic

    Choć świat dowiedział się o Leopardus tilcayo, wciąż pozostaje wiele niewiadomych. Co jedzą, kto na nie poluje, jakie są ich zwyczaje rozmnażania? Te pytania wciąż pozostają bez odpowiedzi. Wiadomo jedynie, że koty te zamieszkują ekoregion lasów Yungas, położony na wschodnich zboczach Andów, ale ich rzadkość utrudnia zbieranie nawet podstawowych informacji.

    W tej chwili kluczowe dla badaczy jest określenie populacji kotów z gatunku Leopardus tilcayo, aby móc objąć je ochroną.

    „Nawet wśród kotów istnieją rzeczy, których jeszcze nie opisano, rzeczy, które ludzie dopiero odkrywają. Więc ruszajmy w teren, znajdźmy je i chrońmy” – Paola Nogales-Ascarrunz

  • Chiński elektryk za 700 tys. złotych. Osiągami zawstydza Ferrari

    Chiński elektryk za 700 tys. złotych. Osiągami zawstydza Ferrari

    Chińska marka Denza, będąca częścią koncernu BYD, oficjalnie wkracza na polski rynek, prezentując od razu swoje najmocniejsze atuty.


    Model Denza Z to w pełni elektryczny supersamochód, który ma na celu zrewolucjonizowanie sposobu myślenia o osiągach pojazdów elektrycznych. Debiutuje on w trzech wersjach – Coupe, Spider oraz typowo torowej Racing. Ceny zaczynają się od 705 320 zł za podstawowe Coupe, 782 320 zł za wariant Spider, aż do 855 360 zł za ultranowoczesną wersję Racing. Choć cena jest znacząca, nabywcy otrzymują osiągi, które mogą konkurować z tymi znanymi z Ferrari.

    Kosmiczna moc i szybkie ładowanie

    Wszystkie wersje Denzy Z są napędzane trójsilnikowym systemem generującym moc 1604 KM oraz 1240 Nm maksymalnego momentu obrotowego. Efekt jest oszałamiający – wersja Coupe przyspiesza od zera do 100 km/h w zaledwie 2,25 sekundy, osiągając prędkość maksymalną 300 km/h. Wersja Racing, wyposażona w opcjonalne opony typu semislick, osiąga pierwszą setkę w zaledwie 1,96 sekundy, przy maksymalnej prędkości wynoszącej 350 km/h. Doskonałe prowadzenie w zakrętach zapewnia zaawansowane zawieszenie pneumatyczne w wersjach drogowych oraz klasyczne zawieszenie sprężynowe w wersji Racing. Całość wspierana jest przez centralny system zarządzania dynamiką pojazdu, Vehicle Motion Control, o czasie reakcji wynoszącym jedynie 10 milisekund.

    Jednak największym przełomem, zwłaszcza dla tych, którzy obawiają się długich postojów na ładowarkach, jest innowacyjna technologia ładowania. Auto wyposażono w drugą generację akumulatora Blade o pojemności 76 kWh, zintegrowanego z konstrukcją pojazdu w technologii Cell-to-Body. System FLASH Charging wspiera moc ładowania dochodzącą do 1500 kW. W praktyce oznacza to, że można naładować akumulator od 10% do 70% w zaledwie pięć minut, a do 97% – jedynie w dziewięć minut. Nawet w ekstremalnych warunkach, przy temperaturze -30°C, proces ładowania do niemal pełnej pojemności trwa około 12 minut. W zależności od wybranej wersji, zasięg WLTP wynosi od 380 km w wersji Racing do 410 km w Coupe.

    Europejski design

    Projekt nadwozia, stworzony pod okiem Wolfganga Eggera, łączy opływową aerodynamikę z kompaktowymi wymiarami jak na tę klasę. Długość wynosi 4780 mm, a rozstaw osi to 2780 mm. Wnętrze zaprojektowano z myślą o komforcie czterech osób. Bagażnik ma pojemność początkową 250 litrów, która po złożeniu tylnych oparć zwiększa się do 550 litrów. Kabina wyróżnia się doskonałym wykończeniem ze stali, zamszu i włókna węglowego, a kierowca ma do dyspozycji 8,88-calowy wirtualny kokpit oraz centralny ekran o przekątnej 12,8 cala, z fabrycznie zainstalowanymi usługami Google.

    Czytaj dalej poniżej

    Pięcioletni elektryk to problem. Rynek bije na alarm

    O wrażenia audio dba autorski system nagłośnienia stworzony we współpracy z francuską marką Devialet, z charakterystycznym kulistym głośnikiem umieszczonym na desce rozdzielczej. Ciekawym dodatkiem dla miłośników sportowych emocji jest wirtualny generator dźwięku silnika, który pozwala dostosować głośność, lokalizację oraz preferowaną barwę dźwięku – od klasycznych tonów silników spalinowych po motywy znane z filmów science-fiction. Zintegrowany tryb Boost umożliwia na chwilę zwiększyć moment obrotowy o 30% na 20 sekund, dając kierowcy dodatkową moc na torze lub podczas wyprzedzania. Zamówienia na ten flagowy model są już teraz przyjmowane w polskich salonach.

  • Nowe lodówki Haier już w Polsce. Ogromna pojemność i kilka nietypowych rozwiązań

    Nowe lodówki Haier już w Polsce. Ogromna pojemność i kilka nietypowych rozwiązań

    Haier wprowadza do Polski nową serię lodówek Horizon. Duża pojemność, rozwiązania wspierające dłuższe przechowywanie żywności i nietypowe grafitowe wykończenie wyróżniają je na tle konkurencji.


    Haier to nie tylko telewizory. W ofercie firmy znajduje się szereg różnych urządzeń AGD, a teraz rozszerza swoją gamę produktów w Polsce wprowadzając serię lodówek Horizon, skierowaną przede wszystkim do osób potrzebujących dużej przestrzeni do przechowywania żywności, ale nie chcących poświęcać połowy kuchni na lodówkę. Flagowym modelem nowej serii jest HCW99F18DIMB, który oferuje imponujące 630 litrów pojemności przy szerokości 90,5 cm. Według producenta odpowiada to przestrzeni wystarczającej na pomieszczenie zawartości nawet 31 standardowych siatek z zakupami. Wnętrze lodówki jest elastyczne i dostosowywalne dzięki regulowanym półkom, pojemnym balkonikom oraz szufladom. Podobne udogodnienia znajdziemy w zamrażarce, gdzie przezroczyste fronty szuflad umożliwiają szybkie sprawdzenie ich zawartości bez potrzeby ich wyciągania.

    Haier Horizon – dłuższa świeżość produktów

    Jednym z kluczowych rozwiązań zastosowanych w lodówkach Horizon jest szuflada NutriBank, która umożliwia dostosowanie temperatury specjalnie dla mięsa, owoców morza i serów. Wprowadza ona stałe pole magnetyczne, które ogranicza powstawanie kryształków lodu. Producent zapewnia, że w odpowiednich warunkach mięso może zachować świeżość nawet pięć razy dłużej niż w tradycyjnych rozwiązaniach. Dodatkowo, osobna szuflada Active Fresh Zone z systemem kontroli wilgotności została stworzona z myślą o przechowywaniu owoców i warzyw. Za higienę w urządzeniu odpowiada system ABT Pro, który eliminuje do 99,9% bakterii w chłodziarce i zamrażarce. Technologia Air Surround Total No Frost równomiernie rozprowadza chłodne powietrze, zapobiegając jednocześnie powstawaniu szronu.

    Flagowy model Horizon został wyposażony także w system oświetlenia Haier Daylight oraz dystrybutor wody i lodu z automatyczną kostkarką, która jest chroniona przed przenikaniem zapachów dzięki technologii PureSpace Ice. Czterolitrowy zbiornik sprawia, że urządzenie nie wymaga podłączenia do instalacji wodnej, co z pewnością docenią ci, którzy nie mają odpowiedniej infrastruktury w mieszkaniach. Całość wyróżnia eleganckie grafitowe wykończenie, zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne.

    Lodówka Haier Horizon HCW99F18DIMB jest już dostępna w polskich sklepach, w cenie 8699,99 zł, co może wydawać się dość wysoką inwestycją, jednak jej zaawansowane technologie i duża pojemność z pewnością przyciągną uwagę wymagających użytkowników.

    Czytaj dalej poniżej


    Jaka woda do saturatora? Ten wybór ma znaczenie
  • Nie wysyłaj pięciu osobnych PDF-ów. Tak połączysz je w jeden plik

    Nie wysyłaj pięciu osobnych PDF-ów. Tak połączysz je w jeden plik

    Łatwo i szybko można połączyć kilka plików PDF w jeden dokument, zmieniając kolejność stron lub usuwając te, które nie są potrzebne. Poniżej przedstawiamy, jak zrobić to za darmo na systemach Windows i Mac.

    Granica między eksperymentem a rzeczywistością w przypadku autonomicznych modeli AI może być niebezpiecznie wąska. Wystarczy jeden błąd w konfiguracji, aby system, zaprojektowany do działania w kontrolowanym środowisku, uzyskał dostęp do prawdziwego internetu i rozpoczął realizację swoich zadań na realnych celach. Tak właśnie postąpił model Gemini podczas testu cyberbezpieczeństwa. Uzyskał dostęp do systemów trzech rzeczywistych firm, które nie były wyznaczone do jego działań. Google ma jednak inną interpretację tego zdarzenia.

    Model wyszedł poza wyznaczony zakres

    Incydenty miały miejsce w maju, jednak opinia publiczna została o nich poinformowana dopiero we wrześniu, gdy o sprawę zapytał „Wall Street Journal”. Google był informowany o zaistniałej sytuacji już pod koniec lipca przez zewnętrzną firmę Irregular, ale zdecydował się na jej publiczne ujawnienie dopiero później.

    Gemini brał udział w teście mającym na celu ocenę jego możliwości w zakresie cyberbezpieczeństwa. Ćwiczenia były prowadzone przez wspomniane Irregular, które uczestniczyło również w podobnych testach dla innych gigantów technologicznych, takich jak Meta czy OpenAI. Zadanie miało formę ćwiczenia typu „capture the flag”, polegającego na poszukiwaniach ukrytych informacji w oprogramowaniu fikcyjnej firmy w zamkniętym środowisku testowym. Problematyczne było to, że fikcyjna firma miała taką samą nazwę jak jedna z prawdziwych firm. Model nie powinien mieć dostępu do internetu, ale Irregular przyznało „WSJ”, że przez pomyłkę pozostawiono połączenie aktywnym. W efekcie Gemini rozpoczął korzystanie z publicznie dostępnych informacji i poszukiwanie danych, które umożliwiłyby mu zrealizowanie zadania.

    W jednym z przypadków model uzyskał dostęp do chronionego systemu, stosując metodę brute force, czyli podejmując wielokrotne próby. W dwóch pozostałych przypadkach natrafił na dane uwierzytelniające w publicznie dostępnym repozytorium. Problematyczne jest to, że systemy, do których dotarł, należały do rzeczywistych firm, a nie do celów przewidzianych na potrzeby testu. Na szczęście w żadnym z przypadków Gemini nie kontynuował działań, gdy zorientował się, że został skierowany do rzeczywistych podmiotów.

    Czytaj dalej poniżej

    Masz taki router? CERT Polska ostrzega, koniecznie zrób aktualizację!

    Google woli mówić o pomyłce

    Jak Google zareagował na to zdarzenie? Koncern nie uznał go za przykład działania modelu niezgodnego z przeznaczeniem, czyli tzw. misalignment. Zamiast tego określił sytuację jako „pomyłkę co do tożsamości”, co przy zbieżności nazw wydaje się na pierwszy rzut oka uzasadnione. Heather Adkins, wiceprezeska Google ds. inżynierii bezpieczeństwa, zauważyła, że w tej sytuacji model zareagował właściwie, ponieważ zatrzymał się po uzyskaniu dostępu do danych prawdziwych firm. W rozmowie z „The Verge” wyjaśniła, że Gemini znalazł publiczne informacje i wykorzystał dane uwierzytelniające, aby uzyskać dostęp do stron, które uważał za część testu. Google podkreśla, że wszystkie trzy podmioty zostały poinformowane o incydentach, a Irregular zmieniło swoje procedury testowe.

    Choć sytuacja nie zakończyła się wielką kontrowersją, rodzi się pytanie, dlaczego wyjście modelu poza obszar eksperymentu i przeprowadzenie rzeczywistych działań na cudzych systemach nie zostały uznane za problem. Zbieżność nazw tłumaczy co prawda pierwszy przypadek, lecz nie wyjaśnia dwóch następnych, w których Gemini natrafił na cudze dane logowania znalezione w sieci. Model co prawda zatrzymał się, gdy zorientował się w pomyłce, lecz wcześniej zdążył już wykorzystać odnalezione dane i uzyskać dostęp do rzeczywistych systemów. Na ten problem zwraca uwagę Jack Cable, prezes firmy Corridor, specjalizującej się w bezpieczeństwie, który zauważa, że modele zaczynają przekraczać granice swoich możliwości i podejmują rzeczywiste działania cyberataków.

    Google podkreśla z kolei, że jego zespoły bezpieczeństwa od lat informują o lukach w oprogramowaniu i systemach, nawet w przypadku tak banalnych problemów jak słabe hasła. W tym przypadku sytuacja jest jednak bardziej skomplikowana. Luki nie wykrył bowiem człowiek z zespołu bezpieczeństwa, lecz model AI, który został błędnie przekonfigurowany do działania w środowisku testowym, uzyskując dostęp do internetu i wykorzystując go do realizacji swoich zadań.

  • Podrabiają mObywatela. Policja bije na alarm

    Podrabiają mObywatela. Policja bije na alarm

    Jeszcze niedawno podrabiane aplikacje mObywatel były głównie wykorzystywane przez młodzież pragnącą obejść przepisy w sklepach. Obecnie jednak problem może przybrać znacznie poważniejszy wymiar.


    W Internecie rozwija się handel fałszywymi wersjami jednej z kluczowych polskich aplikacji. Wkrótce doczekamy się także europejskiej wersji, umożliwiającej posługiwanie się dokumentami poza granicami kraju. Policja ostrzega przed nieoficjalnymi rozwiązaniami określanymi jako „lewy mObywatel”, „mFake” czy „Fake mObywatel”. Pod tymi terminami mogą kryć się nieautoryzowane aplikacje, spreparowane ekrany, generatory fikcyjnych danych, a nawet sprytnie zaprojektowane strony internetowe oraz aplikacje, które na pierwszy rzut oka są trudne do odróżnienia od oryginalnego programu, stwarzając poważne zagrożenie dla procedur weryfikacji tożsamości z poziomu smartfona.

    Problem ten nie jest nowy. Już na początku 2025 roku media informowały o fałszywych dokumentach cyfrowych sprzedawanych w Internecie za kwotę kilku dziesięciu złotych. Z takich dokumentów korzystali m.in. nieletni pragnący udowodnić swoją pełnoletność przy zakupie napojów energetycznych objętych nowymi przepisami, które weszły w życie w 2024 roku. Z biegiem czasu jednak pojawiły się bardziej zaawansowane zastosowania, takie jak podszywanie się pod inne osoby, wyrabianie kart SIM czy próby omijania procedur wymagających potwierdzenia tożsamości.

    W lutym bieżącego roku Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości poinformowało o zatrzymaniu czterech młodych osób podejrzanych o sprzedaż fałszywej aplikacji mObywatel. Śledczy ustalili, że działalność ta trwała około roku, a nielegalne oprogramowanie zostało wykorzystane przez ponad 3000 klientów. Kara za korzystanie z podrobionych dokumentów cyfrowych jest surowa, ponieważ traktowane jest to na równi z posługiwaniem się fałszywym dowodem osobistym. Zgodnie z art. 270 Kodeksu karnego „podrabianie lub przerabianie dokumentu w celu użycia go jako autentycznego, a także używanie takiego dokumentu jako autentycznego” grozi karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.

    Podróbki mObywatela na celowniku. Policja wkracza do gry

    Zespoły bezpieczeństwa Centralnego Ośrodka Informatyki oraz NASK monitorują Internet w poszukiwaniu ofert sprzedaży fałszywych mDowodów. Kiedy takie ogłoszenia się pojawiają, są niezwłocznie przekazywane do odpowiednich służb, w tym: CBZC (Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości), CSIRT GOV (zespołu reagowania na incydenty w ABW), CSIRT NASK (zespołu reagowania na incydenty w NASK – Państwowym Instytucie Badawczym).

    Czytaj dalej poniżej

    Oto, ile dziś zarabia się w IT. Sprawdź, czy nie płacą Ci za mało

    mDowód od kilku lat jest pełnoprawnym dokumentem tożsamości, z którego korzystamy w wielu sytuacjach. Osobiście używam go częściej niż plastikowego dowodu osobistego. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy osoby weryfikujące tożsamość ograniczają się jedynie do spojrzenia na ekran smartfona. Dobrze zaprojektowana fałszywa aplikacja lub zrzut ekranu mogą skutecznie wprowadzić w błąd.

    Policja podkreśla, że fałszywe dokumenty mogą być wykorzystywane m.in. do wyłudzania usług i towarów, podszywania się pod inne osoby czy omijania procedur bezpieczeństwa. Szczególną ostrożność powinny zachować osoby pracujące w handlu, recepcjach, bezpieczeństwie, kurierzy oraz wszyscy, którzy prowadzą transakcje z nieznajomymi. Najbezpieczniejszym sposobem na weryfikację mDowodu jest metoda kryptograficzna. Można użyć aplikacji mObywatel lub specjalnie przygotowanego weryfikatora online, skanując kod QR lub sprawdzając 6-cyfrowy kod. Dane są wtedy potwierdzane w systemie, co zapewnia 100-procentową dokładność.

  • Prosty trik zwalnia pamięć w telefonie

    Prosty trik zwalnia pamięć w telefonie

    Przedstawiamy najprostszy sposób na odzyskanie pamięci w telefonie. Większość ludzi nie jest świadoma tej możliwości!

    Prosta czynność może pozwolić na odzyskanie dużej ilości pamięci w telefonie, a jednak wiele osób o tym nie pamięta. Sprawdźmy, jak można zyskać cenne gigabajty na swoim smartfonie.

    źródło: Adrien; Unsplash

    Ponad połowa użytkowników nie korzysta z tej opcji. Zyskaj gigabajty pamięci w telefonie

    Czy wydaje się Wam, że porada dotycząca „czyszczenia pamięci podręcznej telefonu” jest zbyt oczywista? Dla wielu użytkowników telefonów to jednak temat zupełnie nowy. Ku mojemu zaskoczeniu, aż połowa respondentów w badaniu przeprowadzonym przez serwis Android Authority nigdy nie skorzystała z opcji czyszczenia cache. To naprawdę dużym błędem, ponieważ jest to bardzo skuteczny sposób na odzyskanie cennych gigabajtów pamięci w naszym urządzeniu.

    Pamięć podręczna jest miejscem, gdzie przechowywane są miniatury grafik, skrypty stron oraz tymczasowe multimedia, co pozwala aplikacjom na uniknięcie pobierania tych danych za każdym razem, kiedy są one potrzebne. Problem pojawia się z czasem, gdy liczba tych niewielkich plików wzrasta do nieprzyzwoitych rozmiarów. Wiele aplikacji gromadzi dane w pamięci podręcznej, przez co możemy zyskać kilka lub nawet kilkanaście gigabajtów miejsca na naszym telefonie.

    Jak wyczyścić pamięć podręczną na Androidzie? To bardzo proste:

    1. Wchodzimy w Ustawienia > Aplikacje
    2. Wybieramy konkretna aplikację
    3. Znajdujemy opcję Pamięć, a następnie Wyczyść pamięć podręczną (cache)

    Producent naszego telefonu może oferować specjalne narzędzia lub funkcje, które umożliwiają zbiorcze czyszczenie pamięci podręcznej z wielu aplikacji jednocześnie. W przeciwnym razie konieczne będzie ręczne wyczyszczenie cache dla każdej aplikacji z osobna. Należy pamiętać, że nie wszystkie aplikacje zajmują tyle samo miejsca; z doświadczenia wiemy, że największymi pożeraczami pamięci są Google Chrome, Spotify oraz aplikacje społecznościowe.


    Warto również zwrócić uwagę na różnicę pomiędzy czyszczeniem cache a czyszczeniem danych aplikacji:

    • Wyczyść cache = usuwamy tylko tymczasowe pliki/grafiki (jesteśmy nadal zalogowani)
    • Wyczyść dane / pamięć = resetujemy aplikację do stanu fabrycznego (wylogowuje nas, kasuje pobrane offline playlisty czy zapisane szkice) – to zmiana nieodwracalna, będziemy musieli pobierać wiele elementów od nowa

    Pamiętajmy również, że po wyczyszczeniu cache nasz telefon może działać nieco wolniej. Wynika to z faktu, że pewne procesy mogą potrzebować więcej czasu, ponieważ elementy, które były wcześniej pobrane, muszą być załadowane ponownie.

    Uważaj na fałszywe aplikacje obiecujące pomoc

    Problem z ograniczoną pamięcią w telefonach jest dość powszechny. Wiele osób decyduje się na tańsze urządzenia z mniejszą ilością pamięci (na przykład podstawowa wersja iPhone’a czy Samsunga), a z czasem okazuje się, że brakuje im potrzebnych gigabajtów. Oczywiście nie chcą podejmować zbędnych kroków, by ręcznie usuwać niepotrzebne pliki, aplikacje czy zdjęcia. Co więc zrobić w takiej sytuacji? Niestety, wiele osób zaczyna szukać pomocy w sklepie z aplikacjami, gdzie natrafiają na programy obiecujące „zwolnienie” miejsca na telefonie.

    Dlaczego niestety? W morzu aplikacji można znaleźć wiele programów, które nie są godne zaufania. Mogą one bombardować nas niechcianymi powiadomieniami, działać w tle, a co gorsza, mogą obciążać baterię urządzenia. W celu czyszczenia pamięci urządzenia (jeżeli zdecydujemy się na skorzystanie z aplikacji) warto korzystać z renomowanego oprogramowania. Dobrym przykładem jest popularny i ceniony program SD Maid SE. Nie warto ryzykować z nieznanym oprogramowaniem, które może wyrządzić więcej szkody niż pożytku.