Kategoria: Wiadomości

  • Wi-Fi nie sięga do drugiego pokoju? Spróbuj tego, zanim kupisz nowy router

    Wi-Fi nie sięga do drugiego pokoju? Spróbuj tego, zanim kupisz nowy router

    Słaby zasięg Wi-Fi nie zawsze oznacza konieczność zakupu nowego routera. Czasami wystarczy zmienić ustawienia urządzenia, wybrać odpowiednie pasmo lub lepiej rozplanować domową sieć. Przyjrzyjmy się, co naprawdę działa i jak skutecznie poprawić zasięg Wi-Fi w domu.


    Jak poprawić zasięg Wi-Fi w domu?

    Szybki internet od dostawcy nie zawsze przekłada się na równie szybkie Wi-Fi w całym domu. Często problem nie leży w samym łączu, lecz w ustawieniu routera, zakłóceniach lub zbyt dużej odległości od urządzenia. Na szczęście w wielu przypadkach można poprawić zasięg bez konieczności zakupu nowego sprzętu.

    Optymalne umiejscowienie routera

    To najprostsza zmiana, która jednocześnie bywa jedną z najbardziej efektywnych. Router należy ustawić możliwie centralnie, na podwyższeniu i w otwartej przestrzeni. Schowanie go w szafce RTV, postawienie na podłodze czy w rogu mieszkania może zdecydowanie pogorszyć zasięg. Na jakość sygnału wpływają również grube ściany, stropy, duże metalowe przedmioty oraz inne urządzenia mogące powodować zakłócenia.

    Akwarium, lustra i kuchenka mikrofalowa – czy to naprawdę wpływa na Wi-Fi?

    Wbrew pozorom niektóre domowe przedmioty mogą rzeczywiście tłumić sygnał Wi-Fi. Duże akwarium umiejscowione pomiędzy routerem a komputerem może osłabiać połączenie, gdyż woda skutecznie absorbuje fale radiowe. Podobnie działają duże lustra – nie ze względu na sam materiał, ale na cienką metalową warstwę znajdującą się na ich tylnej stronie, która może odbijać sygnał.

    Wpływ kuchenki mikrofalowej również nie jest mitem. W trakcie działania może ona tymczasowo zakłócać sieć działającą w paśmie 2,4 GHz, choć problem ten nie dotyczy pasm 5 GHz i 6 GHz.

    Czytaj dalej poniżej

    Masz taki router? Chroń swoje dane i pieniądze, zrób aktualizację!

    Obecność jednej lub kilku osób w pomieszczeniu zazwyczaj nie wpływa zauważalnie na domową sieć Wi-Fi. Tłumienie sygnału przez ciało ludzkie staje się istotne głównie w miejscach o dużym zagęszczeniu, takich jak sale konferencyjne, ponieważ organizm człowieka w dużej mierze składa się z wody.

    Nie każdy problem oznacza wolny internet

    Warto rozróżnić dwie kwestie: prędkość łącza internetowego oraz zasięg Wi-Fi. Możesz korzystać z światłowodu o przepustowości 1 Gb/s, a i tak internet może działać wolno w najdalszych pomieszczeniach. W takim przypadku problem tkwi nie w operatorze, lecz w sposobie, w jaki sygnał Wi-Fi dotarł do różnych urządzeń.

    Zanim zaczniesz rozglądać się za nowym routerem, sprawdź prędkość internetu w różnych miejscach w domu. Jeśli obok routera wyniki są bardzo dobre, a znacząco pogarszają się w dalszych pomieszczeniach, najprawdopodobniej przyczyną jest zasięg sieci bezprzewodowej.

    Zmień pasmo lub kanał Wi-Fi

    Większość nowoczesnych routerów obsługuje co najmniej dwa pasma: 2,4 GHz i 5 GHz. Pierwsze zapewnia większy zasięg, lecz jest bardziej podatne na zakłócenia i zwykle oferuje niższe prędkości. Drugie pozwala osiągać wyższe transfery, jednak gorzej przebija się przez ściany.

    Jeśli router i urządzenia obsługują Wi-Fi 6E lub Wi-Fi 7, można także korzystać z pasma 6 GHz. Oferuje ono wysoką przepustowość i zazwyczaj mniej zakłóceń, ale gorzej radzi sobie z większymi odległościami i przeszkodami niż pasmo 2,4 GHz, a często także 5 GHz.

    Warto także sprawdzić ustawienia kanałów radiowych. Jeżeli router umożliwia ich ręczny wybór, zmiana kanału może poprawić jakość połączenia, szczególnie w miejscach, w których działa wiele sąsiednich sieci. W wielu nowszych urządzeniach wybór kanału odbywa się automatycznie.

    Aktualizacja oprogramowania również ma znaczenie

    Router to również niewielki komputer, który korzysta z własnego oprogramowania. Producenci regularnie publikują aktualizacje, które usuwają błędy i luki bezpieczeństwa, a także poprawiają stabilność działania sieci.

    Jeżeli od dłuższego czasu nie sprawdzałeś panelu administracyjnego swojego routera, warto zweryfikować, czy dostępna jest nowa wersja oprogramowania.

    Kiedy wzmacniacz sygnału ma sens?

    Wzmacniacze Wi-Fi, znane również jako repeater, są wciąż dostępne na rynku, ale nie zawsze stanowią najlepsze rozwiązanie.

    Sprawdzają się, gdy problem dotyczy niewielkiego obszaru mieszkania lub jednego pomieszczenia. Należy jednak pamiętać, że repeater powinien znajdować się w miejscu, w którym nadal odbiera dobry sygnał z routera. Umieszczenie go w martwej strefie zazwyczaj nie przynosi oczekiwanych efektów.

    Klasyczne repeatery mogą także zmniejszać rzeczywistą przepustowość połączenia, ponieważ część czasu poświęcają na przekazywanie danych pomiędzy routerem a urządzeniami końcowymi.

    System mesh zamiast wzmacniacza

    Jeśli mieszkasz w dużym domu lub dwupoziomowym mieszkaniu, lepszym rozwiązaniem niż klasyczny wzmacniacz może być system mesh.

    Składa się on z kilku współpracujących urządzeń, które tworzą jedną sieć Wi-Fi o tej samej nazwie. Dzięki temu smartfon, laptop czy telewizor mogą płynnie przełączać się pomiędzy kolejnymi punktami dostępowymi bez potrzeby ręcznej zmiany sieci.

    Jeśli moduły mesh komunikują się ze sobą bezprzewodowo, powinny być rozmieszczone w miejscach, w których nadal mają dobre połączenie z pozostałą częścią systemu. W przypadku połączenia przewodowego Ethernet, ograniczenie to jest znacznie mniejsze.

    A może problemem jest jednak sam router?

    Jeżeli korzystasz z urządzenia mającego osiem czy dziesięć lat, jego możliwości mogą być po prostu niewystarczające.

    Nowoczesne routery obsługujące standardy Wi-Fi 6, Wi-Fi 6E lub Wi-Fi 7 radzą sobie lepiej z dużą liczbą urządzeń podłączonych jednocześnie, oferują wyższą przepustowość i efektywniej zarządzają ruchem w sieci. Jednak nie oznacza to automatycznie większego zasięgu. To wciąż w dużej mierze zależy od częstotliwości pracy, konstrukcji routera oraz przeszkód znajdujących się pomiędzy nadajnikiem a odbiornikiem.

    Jeśli problem stanowią grube ściany lub duża powierzchnia domu, tylko wymiana routera może okazać się niewystarczająca. W takich sytuacjach znacznie lepszym rozwiązaniem często staje się system mesh.

    Kilka prostych błędów, których warto unikać

    Problemy z zasięgiem często wynikają z drobnych błędów. Router ustawiiony za telewizorem, schowany w metalowej szafce, stojący na podłodze lub umieszczony w skrzynce obok liczników może mieć znacznie gorsze warunki do rozsyłania sygnału.

    Warto również pamiętać, że nawet najdroższy router nie jest w stanie całkowicie wyeliminować wpływu grubych ścian, żelbetowych stropów czy dużych metalowych konstrukcji znajdujących się między nim a odbiornikiem.

    Od czego najlepiej zacząć?

    Jeżeli Wi-Fi działa słabo tylko w jednym pokoju, najpierw spróbuj przestawić router, zaktualizować jego oprogramowanie i sprawdzić ustawienia pasm oraz kanałów. To nic nie kosztuje, a często przynosi wyraźną poprawę.

    Natomiast jeśli problem dotyczy całego domu, a szczególnie kilku kondygnacji, warto rozważyć zakup systemu mesh. Wymiana samego routera ma największy sens w sytuacji, gdy obecny model jest już wyraźnie przestarzały lub nie obsługuje nowszych standardów Wi-Fi.

  • Marvel Tokon pokazuje dobitnie, jak powinna wyglądać współczesna bijatyka. To czysta frajda!

    Marvel Tokon pokazuje dobitnie, jak powinna wyglądać współczesna bijatyka. To czysta frajda!

    Bijatyka, o której wielu miłośników uniwersum Marvela marzyło od lat. Czy Marvel Tokon: Fighting Souls to naprawdę spełnienie marzeń fanów?

    Marvel Tokon: Fighting Souls to ambitny powrót Marvela do świata bijatyk, który łączy dynamiczną mechanikę 4v4 z przyjemnym sterowaniem oraz bogatą treścią dla fanów komiksów. To bez wątpienia jedna z najciekawszych bijatyk ostatnich lat: choć nie jest wolna od wad, ma potencjał, by na dłużej zagościć na rynku.



    Marvel Tokon: Fighting Souls, stworzona przez ekspertów z Arc System Works, zadebiutowała na konsolach PlayStation 5 oraz Windows. Już same nazwiska na opakowaniu budzą skojarzenia z serią Marvel vs. Capcom i oczekiwanie, że Tokon stanie się duchowym spadkobiercą tego kultowego tytułu. Po kilkunastu godzinach spędzonych z grą, rzeczywiście można poczuć ducha tego klasyka, ale spokojnie: to znacznie więcej niż tylko reinterpretacja znanej formuły. Zespół deweloperski wprowadził kilka interesujących pomysłów, co sprawia, że mamy do czynienia z solidnym tytułem w gatunku bijatyk.



    Mechanika walki: o co w ogóle chodzi w tym 4v4?

    Sercem Tokon jest system walki 4v4, co oznacza, że w jednym meczu mogą występować aż osiem postaci, które wymieniają się między sobą, dzieląc jeden pasek życia. Mimo skomplikowanej koncepcji, twórcy postawili na wolniejsze tempo niż w klasycznym Marvel vs. Capcom, co sprawia, że gra staje się przystępna dla każdego. Kładą nacisk na ofensywny styl walki, co premiuje konsekwencję. System jest łatwy do zrozumienia dla nowych graczy, ale – jak to często bywa w bijatykach – trudny do opanowania. Mamy tutaj przykład gry, która jest „łatwa do nauki, trudna do mistrzostwa”, co czyni ją doskonałym wyborem zarówno na imprezy, jak i dla e-sportowych rywalizatorów.



    Jedną z największych zalet Tokona jest prostota mechanik sterowania oraz uproszczone kombinacje, które zapewniają spektakularne efekty wizualne. Gra oferuje automatyczne combo i możliwość łatwego sterowania dla początkujących, co pozwala nowym graczom na szybkie zadawanie ciosów przeciwnikom poprzez efektowne akcje, bez konieczności zapamiętywania skomplikowanych komend. To jednak wstęp do bardziej zaawansowanych systemów, które czekają na odkrycie.

    Czytaj dalej poniżej


    Halo: Campaign Evolved - recenzja. Master Chief jeszcze nigdy nie wyglądał tak dobrze



    Jak to wygląda: nie można się oderwać!

    Marvel Tokon zachwycił mnie swoim stylem wizualnym od pierwszego zaprezentowanego trailera. Fantastyczne projekty postaci, dynamiczna kamera, dopracowane animacje oraz ogólny styl doskonale współgrają z klimatem zabawy. Dodatkowo warto pochwalić twórców za odwagę wprowadzenia do gry zupełnie nowego bohatera, Championa, który wraz z tajemniczym Promoterem prowadzi fabularny wątek walk o los świata, wplatając w to znane twarze z uniwersum Marvela. Efekty wizualne, wyraziście zarysowane sylwetki oraz spektakularne super-ataki świetnie łączą magię Marvela ze stylem anime. Dla mnie to prawdziwy hit!



    Tam naprawdę jest co robić, co… wcale nie jest taką oczywistością

    Bijatyki w ostatnich latach przyzwyczaiły nas do tego, że pewnych rzeczy nie warto brać za pewnik. Wiele gier startowało z ubogą zawartością, nie oferując solidnych trybów fabularnych czy dopracowanych samouczków. Tutaj takich problemów nie mamy: poza klasycznym trybem versus mamy także rozbudowany tryb fabularny, który jest podany w estetycznej, komiksowej wersji, a także dopracowany trening oraz rozgrywki online. Przyznam, że miałem okazję grać wyłącznie lokalnie; zarówno samotnie, jak i z przyjaciółmi, więc nie miałem możliwości ocenić jakości rozgrywki online. Zauważyłem jednak wiele pozytywnych komentarzy dotyczących tej funkcji, choć nie mogę za to ręczyć.



    Testowana przeze mnie wersja z PlayStation 5 od momentu premiery działa perfekcyjnie i wygląda wspaniale (testowałem na podstawowym modelu konsoli). Oferuje stabilność, szybkie ładowanie ekranów i widać, że deweloperzy włożyli wiele pracy w optymalizację, aby osiągnąć jak najlepszą jakość.



    Bijatyka na miarę XXI wieku

    Tokon stanowi ciekawy przykład tego, jak nowoczesne silniki mogą przenieść dynamiczną, ośmioosobową bijatykę do mainstreamu, nie rezygnując z grywalności. Gra już od samego początku zaskakuje – twórcy poświęcili dużą uwagę wielu aspektom, które często są ignorowane. Od projektowania interfejsu użytkownika, przez czytelną telemetrię obrażeń, aż po jasne komunikaty o stanie drużyny. Mimo wizualnego bogactwa gracz wciąż zachowuje kontrolę nad tym, co dzieje się na ekranie – co jest niezwykle istotne, ponieważ źle zaprojektowany interfejs mógłby sprawić, że gra stałaby się nieczytelna. To rzeczywiście wysoka jakość: od tego, jak gra wygląda i się porusza, po atrakcyjne komiksowe wstawki, animacje fabularne, efekty i muzykę. Ogromne brawa należą się także za odpowiednie wprowadzenie do rozgrywki, które nie nuży oraz krok po kroku przybliża mechaniki walki, unikając zbędnego przynudzania. Mam tu na myśli nie tylko samouczek, który wita nas na początku, ale także późniejsze wprowadzanie nowych postaci w trybie fabularnym, gdzie twórcy jasno objaśniają, czego można się spodziewać. To imponujące i naprawdę ma więcej sensu, niż mogłoby się wydawać.



    Marvel Tokon: to bijatyka, która, mam nadzieję, zostanie z nami na lata

    Jeśli jesteś graczem konsolowym, fanem Marvela i szukasz efektownych, dynamicznych bijatyk, Marvel Tokon powinien jak najszybciej znaleźć się na twojej liście zakupowej. Dla tych, którzy liczą na niezwykle zrównoważoną, defensywną rozgrywkę w stylu klasycznych gier turniejowych, niektóre decyzje podjęte przez twórców (np. uproszczenie sterowania i nacisk na ofensywę) mogą budzić wątpliwości. Mimo to sądzę, że i oni znajdą coś dla siebie, jeśli dadzą grze szansę i zdecydują się zgłębić tajniki systemu. To gra, która świadomie stawia na spektakularność i dostępność ponad perfekcyjną głębię mechanik, ale jednocześnie pozostawia wystarczająco dużo miejsca dla zaawansowanych graczy na tworzenie meta rozgrywki i rozwijanie sceny turniejowej. Widzę w Tokon odważny projekt, który nie boi się pójść pod prąd trendom, stawiając na styl, dynamikę i unikalną tożsamość. Wiele jednak zależy od tego, jak ekipa z Arc System Works będzie rozwijać grę w przyszłości. Nie jest tajemnicą, że to, co otrzymaliśmy obecnie, to jedynie starter pack: twórcy mają starannie opracowany plan na dalszy rozwój i regularne serwowanie nowych treści, takich jak zestawy postaci i nowe wyzwania. Debiut mają spektakularny, ale czy uda im się utrzymać równie wysoki poziom w dłuższej perspektywie, kontynuując dopracowywanie detali i przekształcając za chwilę tę grę w turniejowy klasyk?

    Marvel Tokon: Fighting Souls



    plusy

    • Przystępne i proste sterowanie
    • Efektowna, dynamiczna oprawa wizualna
    • Bogata zawartość na start
    • Ciekawe zrealizowane tryb fabularny
    • Dopracowana technicznie (wersja PS5)


    minusy

    • Mocny nacisk na ofensywny styl walki
    • Uproszczenia mechanik mogą nie przypaść do gustu każdemu

  • Kto nie zna tego skrótu klawiszowego, surfuje po sieci jak w poprzednim tysiącleciu

    Kto nie zna tego skrótu klawiszowego, surfuje po sieci jak w poprzednim tysiącleciu

    Czasami jedno poznanie nowego skrótu klawiszowego potrafi całkowicie odmienić nasze codzienne workflow. Tego nie można zignorować.

    Przypadkowe zamknięcie karty z istotną stroną internetową to jeden z tych drobnych błędów, które mogą skutecznie zakłócić nasz rytm pracy. Zamiast przeszukiwać historię przeglądania w poszukiwaniu adresu witryny, można skutecznie wykorzystać prosty skrót klawiaturowy: Ctrl + Shift + T. Jest to jedna z najbardziej praktycznych funkcji dostępnych w nowoczesnych przeglądarkach internetowych.

    Ctrl + Shift + T – skrót klawiszowy do przywracania zamkniętych kart

    Działanie tego skrótu jest niezwykle proste. Po jednoczesnym naciśnięciu klawiszy Ctrl, Shift oraz T, przeglądarka automatycznie otworzy ostatnio zamkniętą kartę.

    Co istotne, nie trzeba ograniczać się do jednego przypadkowego zamknięcia. Jeśli zamknęliśmy kilka kart, wystarczy wielokrotnie naciskać tę kombinację. Każde kolejne użycie cofa operację o jeden krok, przywracając wcześniejsze karty.

    Funkcja ta działa w wielu przeglądarkach, w tym Google Chrome, Microsoft Edge, Mozilla Firefox oraz Opera. Użytkownicy komputerów Mac mają do dyspozycji podobny skrót z tą różnicą, że zamiast klawisza Control używają klawisza Command. W tym przypadku skrót prezentuje się jako: Command + Shift + T.

    Zobacz także


    To może być oficjalnie 'rok Linuxa'. Wcale mnie to nie dziwi

    Możliwość przywrócenia całego okna

    Skrót ten jest szczególnie przydatny podczas pracy nad złożonymi projektami. Jeżeli przez pomyłkę zamkniemy całe okno przeglądarki, które zawiera szereg otwartych kart, w przeglądarkach takich jak Chrome i Edge użycie kombinacji Ctrl + Shift + T może przywrócić całe okno wraz z jego zawartością. Oznacza to, że podczas długotrwałego researchu nie trzeba ponownie wyszukiwać wszystkich stron. Można jednym skrótem odzyskać wcześniejszą sesję i kontynuować pracę prawie w tym samym miejscu.

    Ograniczenia skrótu, o których warto pamiętać

    Należy jednak pamiętać, że Ctrl + Shift + T nie jest uniwersalnym rozwiązaniem do odzyskiwania każdej utraconej strony. W przypadku kart otwieranych w trybie prywatnym sytuacja jest inna. Po zakończeniu prywatnej sesji przeglądarka nie zachowuje standardowej historii, co sprawia, że zamkniętych kart nie można przywrócić w ten sam sposób. Jeśli skrót nie działa podczas zwykłego przeglądania, warto przejrzeć historię przeglądarki lub spis ostatnio zamkniętych kart.

    Inne przydatne skróty do zapamiętania

    Ctrl + Shift + T działa najlepiej w połączeniu z innymi podstawowymi kombinacjami. Ctrl + T otwiera nową kartę, Ctrl + Tab umożliwia przełączanie się na kolejną otwartą kartę, a Ctrl + W zamyka aktualnie wybraną kartę.

    Połączenie Ctrl + W oraz Ctrl + Shift + T jest szczególnie przydatne. Pierwszy skrót pozwala na zamknięcie karty, a drugi od razu cofa tę operację.

    Nie ma w tym żadnej technologicznej magii. Przeglądarka po prostu przechowuje informacje o ostatnio zamkniętych elementach sesji. Mimo to, jest to jedna z funkcji, od której trudno się odzwyczaić, gdy już wejdzie się w nawyk jej wykorzystywania. Zamiast przeszukiwać historię w poszukiwaniu zgubionej strony, wystarczy użyć kombinacji trzech klawiszy. To prosty trik, który umożliwia efektywniejsze korzystanie z najpopularniejszej aplikacji na naszych komputerach – przeglądarki internetowej.

  • Ten jeden przycisk na klawiaturze potrafi więcej niż Ci się wydaje!

    Ten jeden przycisk na klawiaturze potrafi więcej niż Ci się wydaje!

    Klawisz Windows to znacznie więcej niż tylko skrót do menu Start. W połączeniu z innymi przyciskami umożliwia szybkie otwieranie programów, wykonanie zrzutów ekranu, zarządzanie oknami oraz blokowanie komputera. Oto najważniejsze skróty, które warto znać.

    Co oferuje klawisz Windows? Skróty, które oszczędzają czas

    Większość użytkowników korzysta z klawisza Windows wyłącznie do otwierania menu Start. Tymczasem jest to jeden z najważniejszych przycisków na klawiaturze. W połączeniu z innymi klawiszami umożliwia wiele przydatnych akcji. Wiele z tych skrótów działa zarówno w Windows 10, jak i Windows 11. Oto lista skrótów, które warto zapamiętać.

    Podstawowa funkcja klawisza Windows

    Jedno naciśnięcie klawisza Windows otwiera menu Start, a drugie je zamyka. To szybki sposób na wyszukiwanie programów, dokumentów lub ustawień, nie odrywając rąk od klawiatury.

    Windows + E – Eksplorator plików

    To jeden z najbardziej praktycznych skrótów. Zamiast klikać ikonę na pasku zadań, wystarczy nacisnąć Windows + E, aby natychmiast otworzyć Eksplorator plików. Ten skrót jest nieoceniony w codziennym użytkowaniu.

    Windows + I – Ustawienia systemu

    Jeśli chcesz zmienić ustawienia komputera, nie musisz szukać ich w menu Start. Kombinacja Windows + I otwiera aplikację Ustawienia bez zbędnej zwłoki.

    Czytaj dalej poniżej

    Po co kłaść monetę na routerze WiFi? Zaskakujące wyjaśnienie

    Windows + L – Błyskawiczne zablokowanie komputera

    To jeden z kluczowych skrótów z perspektywy bezpieczeństwa. Kombinacja Windows + L natychmiast blokuje komputer, wyświetlając ekran logowania. Warto z niej korzystać, gdy musisz na chwilę odejść od biurka, zwłaszcza w pracy lub w miejscach publicznych.

    Windows + D – Pokaż pulpit

    Gdy masz otwartych kilka okien i chcesz szybko sięgnąć do plików na pulpicie, wystarczy nacisnąć Windows + D. Skrót ten minimalizuje wszystkie okna, a ponowne naciśnięcie przywraca poprzedni widok.

    Windows + Shift + S – Szybki zrzut ekranu

    To znacznie bardziej wygodne niż użycie klawisza Print Screen. Skrót Windows + Shift + S uruchamia Narzędzie Wycinanie, które pozwala zaznaczyć wybrany fragment ekranu, aktywne okno lub cały ekran.

    Zrzut ekranu trafia do schowka, co umożliwia natychmiastowe wklejenie go do wiadomości lub dokumentu. W Windows 11 pojawia się także powiadomienie, które pozwala szybko otworzyć zrzut w Narzędziu Wycinanie i go edytować.

    Windows + V – Historia schowka

    Mało kto zdaje sobie sprawę, że Windows zapamiętuje więcej niż jeden skopiowany element. Po włączeniu historii schowka, skrót Windows + V prezentuje listę ostatnich kopiowanych tekstów oraz obrazów, co umożliwia ich ponowne wklejenie, nawet kilka minut po skopiowaniu.

    Jeżeli korzystasz z tej funkcji po raz pierwszy, system może poprosić o jej aktywację.

    Windows + R – Okno „Uruchamianie”

    To skrót szczególnie przydatny do korzystania z narzędzi systemowych. Kombinacja Windows + R otwiera okno „Uruchamianie”, w którym można szybko wpisać komendy, takie jak: cmd, regedit, msconfig, control czy appwiz.cpl.

    Windows + X – Menu szybkiego dostępu

    To jeden z najbardziej użytecznych skrótów dla osób często korzystających z funkcji systemowych. Windows + X otwiera menu szybkiego dostępu, z którego można uruchomić takie narzędzia jak Menedżer urządzeń, Zarządzanie dyskami, Menedżer zadań, Terminal Windows czy Zarządzanie komputerem.

    Windows + Tab – Wygodniejsze przełączanie między oknami

    Większość użytkowników zna skrót Alt + Tab, ale Windows + Tab zapewnia bardziej rozbudowane możliwości. Otwiera widok wszystkich uruchomionych okien oraz wirtualnych pulpitów, a także umożliwia tworzenie nowych i szybkie przełączanie się między nimi.

    Windows + Z – Szybkie rozmieszczanie okien

    To jedna z ciekawszych funkcji Windows 11. Skrót Windows + Z otwiera menu Układów przyciągania (Snap Layouts), które pozwala szybko uporządkować kilka okien na ekranie zgodnie z predefiniowanymi schematami. Jest to niezwykle wygodne podczas pracy na dużym monitorze.

    Windows + strzałki – Błyskawiczne zarządzanie oknami

    If you frequently work with multiple applications simultaneously, it is advisable to memorize keyboard shortcuts using arrow keys.

    • Windows + ← – Przypina okno do lewej części ekranu.
    • Windows + → – Przypina okno do prawej części ekranu.
    • Windows + ↑ – Maksymalizuje aktywne okno.
    • Windows + ↓ – Przywraca poprzedni rozmiar zmaksymalizowanego okna, a kolejne naciśnięcie minimalizuje je.

    Windows + . (kropka) – Emoji, GIF-y i symbole

    To skrót, o którym wiele osób dowiaduje się dopiero po latach pracy z Windows. Windows + . otwiera panel z emoji, GIF-ami, kaomoji, symbolami oraz znakami specjalnymi.

    Jest to przydatne nie tylko podczas pisania wiadomości, ale również w sytuacjach, gdy trzeba szybko wstawić znak stopnia (°), strzałkę, symbol waluty czy inny znak specjalny.

    Klawisz Windows – Ułatwienie w codziennym użytkowaniu

    Opanowanie kilku najważniejszych skrótów pozwala na znaczące przyspieszenie codziennej pracy z komputerem. Otwarcie Eksploratora plików, zrobienie zrzutów ekranu, blokowanie komputera czy zarządzanie oknami staje się zaledwie chwilą i szybko przechodzi w nawyk.

  • Zniszczyli ponad 100 nowych MacBooków Pro. Powód szokuje

    Zniszczyli ponad 100 nowych MacBooków Pro. Powód szokuje

    Korporacyjne życie rządzi się swoimi własnymi zasadami. Historia, którą przeczytacie, ukazuje pewne absurdy tego świata, a jeśli jest prawdziwa, można dostrzec kilka powodów, dla których firmy mogłyby podjąć taką decyzję. I trudno je w takim przypadku całkowicie potępiać.

    Trudno wyobrazić sobie bardziej absurdalny sposób na zakończenie działalności firmy niż zniszczenie ponad stu sprawnych komputerów. A jednak ta historia zdobywa popularność w Internecie. Były pracownik dużej firmy technologicznej twierdzi, że podczas likwidacji jednego z zagranicznych biur przedsiębiorstwo podjęło decyzję o zniszczeniu ponad 100 MacBooków Pro wyposażonych w układy M4 oraz 48 GB pamięci RAM.

    Sprawa wzbudziła szybkie zainteresowanie, szczególnie że nie chodziło o stare czy uszkodzone urządzenia. Według relacji zamieszczonej przez niego na Reddicie, komputery były w pełni sprawne i miały znaczną wartość rynkową. Zamiast przekazać je pracownikom, darować organizacji charytatywnej czy wykorzystać w innym oddziale, firma miała zdecydować się na ich fizyczne zniszczenie.

    Dlaczego firma miałaby niszczyć sprawne komputery?

    Na pierwszy rzut oka decyzja ta wydaje się całkowicie nieracjonalna. W rzeczywistości jednak przedsiębiorstwa mogą mieć uzasadnione powody, aby nie przekazywać używanego sprzętu. Jednym z najczęściej przytaczanych powodów jest bezpieczeństwo danych. Komputery firmowe mogą zawierać poufne informacje, konfiguracje systemowe oraz klucze dostępu. Usunięcie danych z dysku twardego nie zawsze jest uznawane przez organizacje za wystarczający krok, zwłaszcza kiedy obowiązują restrykcyjne procedury bezpieczeństwa. Internauci wskazują również na kwestie prawne, podatkowe oraz korporacyjne procedury związane z likwidacją majątku przedsiębiorstwa. Żaden z tych powodów nie został jednak oficjalnie potwierdzony – możemy więc tylko spekulować.

    Wartość takiego sprzętu jest niemała

    Historia ta staje się jeszcze bardziej zaskakująca w kontekście aktualnych cen komputerów Apple. Obecnie najtańsza dostępna wersja MBP z 48 GB RAM kosztuje około 15,5 tys. złotych. Nawet biorąc pod uwagę, że w poprzedniej generacji ceny były nieco niższe, nadal mówimy o ogromnych kwotach. Nie wiemy też, czy wszystkie z ponad stu urządzeń opisanych w tej historii miały dokładnie taką samą wartość. Opisane komputery korzystały z generacji M4, a ich rzeczywista cena zależałaby od wielu czynników, takich jak konfiguracja, stan techniczny oraz aktualna sytuacja na rynku wtórnym. Mimo to należy podkreślić, że bezsensowne zniszczenie sprzętu może prowadzić do ogromnych strat finansowych.

    Czytaj dalej poniżej


    Dlaczego klawiatura QWERTY nie jest ułożona alfabetycznie? Będziesz zaskoczony!
    MacBook Pro M3 Pro / fot. Kamil Świtalski

    Historia, która daje do myślenia, ale… warto podchodzić do niej ostrożnie

    Najważniejszy szczegół łatwo przeoczyć: nie znamy nazwy firmy, a cała historia pochodzi od anonimowego użytkownika Reddita. Nie mamy także pewności, czy zapowiadane zniszczenie komputerów rzeczywiście miało miejsce – to może być tylko jedna z wielu niepotwierdzonych opowieści. Dlatego nie należy traktować tej relacji jako uznanego przypadku. Niemniej jednak, jeśli jest to prawda, ukazuje to dość… interesującą stronę korporacyjnego zarządzania sprzętem.

    Ponad sto wydajnych MacBooków Pro mogło zostać uznanych za mniej wartościowe niż koszt ich bezpiecznego przekazania innym. Dla przeciętnego użytkownika brzmi to absurdalnie. W świecie dużych korporacji bezpieczeństwo danych, procedury oraz odpowiedzialność prawna mogą jednak zupełnie zmienić ekonomiczny bilans – dlatego, jeśli ta historia jest prawdziwa, nie jestem wcale zaskoczony.

  • Xteink 3 – recenzja. Czy warto kupić miniaturowy czytnik e-booków?

    Xteink 3 – recenzja. Czy warto kupić miniaturowy czytnik e-booków?

    Xteink X3: nowy hit na rynku

    Xteink X3 to urządzenie, które stało się hitem sprzedaży, regularnie pojawiającym się w wiadomościach technologicznych oraz w mediach społecznościowych. Choć na pierwszy rzut oka może wydawać się eksperymentem, ten kompaktowy gadżet z ekranem e-ink o przekątnej 3,7 cala i wadze zaledwie 58 gramów, zyskał uznanie wśród użytkowników. Można go łatwo schować do kieszeni, a jego skrajna mobilność staje się największym atutem. Należy jednak pamiętać, że nie jest to miniaturowy Kindle, który ma zastąpić tradycyjny czytnik. To raczej kieszonkowy czytnik e-ink, zaprojektowany głównie do krótkich, spontanicznych sesji, który można „przykleić” do smartfona.

    Rozmiar, który ma ogromne znaczenie

    Najważniejszą cechą Xteink X3 jest jego wyjątkowa konstrukcja. Urządzenie waży poniżej 60 gramów i ma zaledwie 5,1 mm grubości, przez co jego noszenie jest niemal niewyczuwalne. Ekran 3,7 cala to nie próba stworzenia miniaturowej wersji Kindle’a, ale świadomy kompromis: mniejsza powierzchnia wyświetlania w zamian za mobilność, której klasyczne czytniki nie oferują.

    Xteink X3 sprawdza się doskonale w codziennych sytuacjach, takich jak oczekiwanie na autobus, przerwa w pracy, wizyta w kawiarni czy krótkie podróże. Osobiście traktowałem go jako dodatek do mojego smartfona, co pomogło mi ograniczyć czas spędzany na przeglądaniu mediów społecznościowych. Działa to znacznie lepiej niż konwencjonalne urządzenia, takie jak PlayStation Portable czy 3DS, które co prawda oferują więcej, ale nie są tak kieszonkowe.

    Czytnik w praktyce: mi się podoba, ale to nie jest rzecz dla każdego

    Mimo niewielkich rozmiarów, ekran Xteink X3 oferuje typowe dla technologii e-ink doświadczenie. Obraz nie świeci w oczy i pozostaje czytelny nawet w pełnym świetle. Urządzenie dysponuje rozdzielczością 259 PPI, co zapewnia wyraźny tekst przy tak małym panelu.

    Jednakże wielkość ekranu może nie przypaść do gustu każdemu. Dla niektórych Xteink X3 będzie idealnym czytnikiem do codziennego użytku, natomiast inni mogą odczuwać dyskomfort przy dłuższej lekturze. Kiedy chcę się zrelaksować na kanapie, wybieram większe modele, takie jak Kindle.

    Warto zaznaczyć, że Xteink X3 nie jest urządzeniem dla każdego. Dla osób, które codziennie czytają długie teksty, większy Kindle czy Kobo będą bardziej rozsądnym wyborem. Natomiast dla tych, którzy czytają w krótszych blokach, jego kompaktowość może być dużą zaletą.

    Ergonomia i fizyczne przyciski

    X3 nie ma ekranu dotykowego; zamiast tego oferuje fizyczne przyciski oraz żyroskop do zmiany stron. W czasach, gdy większość gadżetów stara się naśladować smartfony, takie podejście jest odświeżające. Fajnie wrócić do urządzenia z fizycznymi przyciskami, które są ergonomiczne i responsywne.

    Największy problem? Oprogramowanie, ale…

    Jeśli chodzi o oprogramowanie Xteink X3, to używa ono funkcjonalnych, lecz nieco nieintuicyjnych rozwiązań. Wiele osób może brakować kompatybilności plików, a problematyczne formatowanie tekstu potrafi być frustrujące. Warto jednak zauważyć, że alternatywne oprogramowanie – CrossPoint – może znacząco poprawić funkcjonalność urządzenia, oferując polski interfejs.

    Magnetyczne mocowanie do telefonu: funkcja, która zmienia wszystko

    Jedną z kluczowych funkcji Xteink X3 jest możliwość przymocowania go do kompatybilnego smartfona za pomocą magnesu. To świetne rozwiązanie, ponieważ telefon pozostaje centrum komunikacji, a z tyłu mamy zawsze gotowy do użycia ekran do czytania. Można go również nosić osobno, gdyż jest wystarczająco mały, aby zmieścić się w kieszeni.

    Jak długo działa Xteink X3 i jak go naładować?

    Xteink X3 wykazuje zalety technologii e-ink w zakresie czasu pracy. Producent deklaruje do 10 godzin czytania, co potwierdza moje doświadczenie. Co do ładowania, zastosowany system złącza magnetycznego pogo pin wymaga posiadania dodatkowego przewodu lub adaptera, co może być uciążliwe w dobie powszechnego USB-C. Na szczęście transfer książek można przeprowadzić w prosty sposób, korzystając z mobilnej aplikacji lub wgrywając je na kartę SD.

    Czy warto kupić Xteink X3?

    Xteink X3 nie jest urządzeniem, które wygrywa na tle konkurencji parametrami technicznymi, jednak wyróżnia się wyjątkową formą i sposobem użytkowania. Jest niezwykle mały, lekki i poręczny, co czyni go idealnym kompanem na co dzień.

    Jednak dla osób, które szukają głównego czytnika dedykowanego długim sesjom czytelniczym, Xteink X3 może nie być najlepszym wyborem. Mimo to, jego największą zaletą jest możliwość noszenia go wszędzie, co sprawia, że jest to niezwykle ciekawy sposób na to, aby mieć książkę zawsze przy sobie. Idealnie sprawdzi się dla tych, którzy chcą ograniczyć czas spędzany w mediach społecznościowych i czerpać przyjemność z czytania w każdym wolnym momencie.

    Podsumowanie: plusy i minusy Xteink X3

    Plusy:

    • Bardzo mały i lekki;
    • Ostry obraz;
    • Wygodne, fizyczne przyciski;
    • Magnetyczne mocowanie do smartfona;
    • Dobra aplikacja mobilna;
    • Obsługa karty SD.

    Minusy:

    • Słabe fabryczne oprogramowanie;
    • Mało intuicyjna obsługa;
    • Niedopracowane formatowanie tekstu;
    • Brak języka polskiego;
    • Ładowanie przez pogo pin.

    Xteink X3 to urządzenie, które, mimo swoich ograniczeń, zaskakuje swoją funkcjonalnością i wygodą. Z pewnością znajdzie swoich zwolenników wśród tych, którzy poszukują wygodnego i kompaktowego czytnika.

  • Zamiast kupować, odbierz za darmo. Tę grę warto dodać do biblioteki

    Zamiast kupować, odbierz za darmo. Tę grę warto dodać do biblioteki

    Co nowego w Epic Games w tym tygodniu? Fascynująca przygoda poruszająca istotne zagadnienia.

    Steam od dawna dominuje na rynku cyfrowej dystrybucji gier na PC, jednak konkurencyjne platformy nie ustają w dążeniach do zdobycia części jego użytkowników. Epic Games Store szczególnie intensywnie prowadzi ofensywę, starając się przyciągnąć graczy poprzez różne strategie. Kluczowym elementem tej strategii są regularne, darmowe wydania pełnych wersji gier. Choć sklep nadal znacząco ustępuje Steamowi pod względem skali, popularności i liczby aktywnych użytkowników, cotygodniowe promocje z darmowymi tytułami stały się jego wyróżnikiem oraz jednym z najskuteczniejszych sposobów na zachęcenie użytkowników do częstszego odwiedzania platformy.

    W ostatnich tygodniach gracze mieli okazję bezpłatnie wzbogacić swoje biblioteki o takie tytuły jak The Ouroboros King, Warhammer 40,000: Speed Freeks, wysoko oceniane Citizen Sleeper oraz rytmiczną strzelankę ROBOBEAT. Na platformie znalazła się również klasyczna przygoda I Have No Mouth, and I Must Scream w nowej odsłonie, River City Girls 2, Foretales oraz OTXO i Sol Cesto, które z pewnością spodobają się miłośnikom gier roguelite. W zeszłym tygodniu dostępne były Beacon Pines oraz We Were Here Together, a teraz mamy aż jedną grę w ofercie.

    Epic Games rozpieszcza graczy. Darmowych tytułów nigdy za wiele.

    W tym tygodniu zostałą udostępniona tylko jedna produkcja, która jednak z pewnością zapewni wiele godzin zabawy. Jest nią Caravan SandWitch, stworzona przez studio Plane Toast. Gra to spokojna, narracyjna przygoda osadzona w półotwartym świecie, inspirowanym malowniczym krajobrazem Prowansji, jednak przedstawionym w stylistyce science fiction. Fabuła skupia się na poszukiwaniach zaginionej siostry bohaterki oraz na stopniowym odkrywaniu tajemnic planety Cigalo. W poszukiwaniach rodziny pomoże pojazd, który odgrywa kluczową rolę podczas eksploracji. Bohaterka ma możliwość ulepszania samochodu oraz korzystania z dodatkowych narzędzi, co umożliwia dotarcie do wcześniej niedostępnych miejsc, pokonywanie trudniejszego terenu oraz badanie rozsianych po świecie ruin. Każde nowe odkrycie przybliża ją do rozwiązania zagadki związanej z zaginięciem siostry.

    Cigalo nie jest jednak miejscem sielankowym. Niegdyś zielona planeta została przekształcona w pustynię w wyniku działań człowieka i nadmiernej eksploatacji zasobów. Mieszkańcami planety są przedstawiciele rdzennego gatunku Reinetos, porzucone roboty oraz nieliczni ludzie, którzy pozostali, gdy reszta kolonistów opuściła planetę. Konflikty i relacje z mieszkańcami mają kluczowe znaczenie. Bohaterka wspiera postacie, które spotyka, pomagając im w rozwiązaniu ich problemów, przez co staje się częścią lokalnej społeczności. Gra podejmuje ważne tematy, takie jak ekologia i wzajemna pomoc, ukazując społeczność jako prawdziwy dom w świecie dotkniętym skutkami wcześniejszych destrukcyjnych działań.

    Czytaj dalej poniżej


    Graliśmy w Star Wars Zero Company. Fani XCOM będą zachwyceni?

    Caravan SandWitch jest dostępna za darmo do najbliższego czwartku, 20 sierpnia. Co ciekawego pojawi się w przyszłym tygodniu? Na graczy czeka darmowa gra Cardpocalypse Standard Edition oraz dodatek do Albion Online. O tych tytułach więcej napiszę w przyszłym artykule.

  • Fani Parkside będą zachwyceni. To gra ich marzeń

    Fani Parkside będą zachwyceni. To gra ich marzeń

    W życiu istotne jest, aby działać, ale nie spędzać przy tym zbyt wiele czasu na pracy – i zachować przy tym pozory dobrze wykonanej roboty, pomimo że w rzeczywistości wykonujemy jedynie fuszerkę. O ile to motto dotyczy rzemieślników i szerokiego spektrum usług remontowych, istnieje przypuszczenie, że podobną ideę przyjęli… twórcy gry. Mimo wszystko nie zabrakło im kreatywności, dzięki czemu możemy cofnąć się do szarych, lecz radosnych lat 90. i spróbować swoich sił w fuszerce. Parkside w dłoń i ruszamy do klienta!

    Kolejny niezwykły symulator z Polski

    Rynek gier wideo, szczególnie na PC, przeżywa prawdziwe zatrzęsienie wszelkiego rodzaju symulatorów. Dziś niełatwo znaleźć profesję, która nie otrzymała własnej gry symulującej jej realia. Mycie samochodów, ich naprawa, sprzątanie, prowadzenie sklepu czy restauracji – cokolwiek wymyślicie, istnieje spora szansa, że na ten temat powstała gra. Teraz do tego rosnącego grona dołącza niezwykła produkcja – Majster Symulator, która nie jest jedynie symulatorem remontów. To prawdziwy wehikuł czasu, mający na celu przeniesienie nas do Polski lat 90. – szarej, lecz jednocześnie wesołej, przaśnej, a jednocześnie dumnej. Nieco zagubionej, wciąż próbującej odnaleźć się w nowych, kapitalistycznych realiach. Wysokie blokowiska, małe fiaty 126p, polonezy, gdzieniegdzie alkohol i bieda, ale także nadzieja spoglądająca w przyszłość, a także ambitni mali przedsiębiorcy, którzy szukają sposobu na zarobienie pieniędzy. I do tego zaszczytnego grona dołączamy my.

    Naszą przygodę w Master Symulator rozpoczynamy jako Maciek – chłopak, który nie jest ani mądry, ani głupi, a jak to określił jeden z bohaterów gry, również niezbyt ozdobny. Jego los obdarzył ciotką z Ameryki, która postanowiła podarować swojemu ulubionemu nephew niewielki domek na wsi. Po przybyciu na posesję Maciek szybko weryfikuje swoje marzenia o amerykańskim śnie, bowiem posiadłość przypomina raczej ruderę pełną gratów i nieproszonych gości. Po szybkim uporaniu się z obecną sytuacją, pora wziąć się do pracy. Naszym pierwszym kontaktem zostaje niejaki Zbyszek – majster, który u siebie robi jak u siebie, a u innych – no cóż, sami wiecie jak. Bez zbędnych ceregieli zaprasza nas na współpracę w roli swojego pomocnika. Maciek jeszcze nie wie, że jego życie za chwilę zmieni się o 180 stopni.

    Klimat Polski z lat 90.

    Zamiast Parkside flaszka, zamiast uprawnień wola walki

    Zbyszek rozstawia młodego po kątach, ucząc przy okazji fachu. Tu pomaluj ścianę, tam zetrzyj podłogę, skocz do auta po wódkę, a na koniec ogarniemy elektrykę, i robota zrobiona. Obydwaj panowie oczywiście nie mają żadnych uprawnień, co tłumaczy ich przemyślaną decyzję o grzebaniu w gniazdku bez odłączenia prądu. Ten nie wybacza błędów, co kończy się tym, że Zbyszek pada na ziemię jak długi. Nie jest to jednak jego koniec w tym świecie – jego ciało może zostać usmażone przez prąd, ale dusza pozostaje nienaruszona. W formie ducha towarzyszy Maćkowi, pełniąc rolę opiekuna przypominającego Johnny’ego Silverhanda po roku w Siedlcach lat 90. (z pełnym szacunkiem do Siedlec). Nasz mentor i przewodnik będzie dalej wprowadzać młodego w świat fuszerki, co brzmi jak obietnica znakomitej zabawy.

    Majster pracy się nie boi

    W grze Majster Symulator czeka nas sporo praktyk remontowych, co stanowi absolutnie centralny punkt zabawy. W puli naszych usług znajdziemy bowiem malowanie, szpachlowanie, kładzenie płytek, ustawianie mebli, wiercenie czy podstawową elektrykę. Twórcy mocno żonglują poszczególnymi zadaniami, przez co czasami lista prac w danym mieszkaniu jest długa i wymaga dobrego planowania. Klient często życzy sobie przeniesienia jakiegoś mebla z pokoju do kuchni, wprowadzenia jakiegoś obrazu i odmalowania ściany – konfiguracji bywa sporo, a te skutecznie urozmaicają rozgrywkę. Tym bardziej, że łatwo o schrzanienie sprawy, bowiem przenosząc przedmioty, możemy powybijać szyby i przewrócić meble, przez co wyremontowane mieszkanie nierzadko wygląda gorzej niż przed naszym przybyciem.

    Generalnie możemy nasze remonty wykonywać zgodnie ze sztuką. Wszystko dokładnie wymierzyć, precyzyjnie dociąć, a nawet posprzątać po sobie, nie generując żadnych strat. Jednak nawet sam Zbyszek podpowiada, aby pracę odbywać na oko, zgarnąć kasę i uciekać – jego złotą poradą jest, aby płytki trzymały się ściany jedynie do momentu przybycia klienta. Rzetelne podejście daje nam dodatkowe profity w postaci większego wynagrodzenia, jednak fuszerka to przeznaczone do zabawy. Mowa tu bowiem o prawdziwej fuszerce, a nie barbarzyństwie. Nie chodzi tu o celowe zniszczenie mieszkania, lecz o bezmyślne próby ukrywania błędów i bylejakości, byleby klient się nie zorientował.

    To przypomina mi nieco legendarne „Sąsiedzi”, którzy z uporem maniaka podejmowali się kolejnych wyzwań, kończąc na katastrofie. Tutaj jest podobnie, ale w lokalnych realiach i dla klienta – a u klienta, jak wiadomo, nie robimy jak u siebie.

    Prawdziwa praca daje mniej radości

    Każda z omawianych mechanik dostarcza mnóstwo satysfakcji i stanowi swoistą minigrę. Malowanie, jak to malowanie, jest banalne – o ile nie skończy nam się farba. Przed rozpoczęciem zabawy z pędzlem warto jednak poeksperymentować z gładzią szpachlową i załatać dziury w ścianach. Nie przesadzajmy jednak, bowiem surowiec kosztuje, a przyda się na następnej robocie. Prawdziwą perełką są kafelki, ponieważ podczas kładzenia płytek możemy naprawdę polecieć w przysłowiowe kulki. Dodanie nieco więcej wody do mieszanki kleju, niż zaleca producent, sprawi, że materiału będzie więcej. Po przyrządzeniu mieszanki czas na położenie kilku płytek. Krzyżyków nie potrzebujemy, układamy je – brawo – na oko, docinamy również. Finalnie kwadratowe płytki tworzą mozaikę, której nie powstydziłby się sam Gaudí.

    Najmniej dopracowanym elementem jest zdecydowanie składanie mebli oraz wieszanie elementów na ścianach. Umieszczanie wkrętów (po wywierceniu otworów) czy skręcanie elementów stanowi żadne wyzwanie – sama czynność wymaga jedynie kilku kliknięć i gotowe. Twórcy mogli jednak pokusić się o skomplikowanie sprawy tak, aby było można spartolić robotę jeszcze bardziej, oczywiście w celach humorystycznych. Istniejącym utrapieniem jest za to radzenie sobie z przenoszeniem cięższych przedmiotów. Meble do pewnej wielkości niesiemy jak każdy inny przedmiot – unosi się on w powietrzu, a my musimy odpowiednio lawirować, aby niczego nie potłuc. Gdy mowa o większych gabarytach, wówczas podnosimy rzecz tylko z jednej strony, a reszta sunie po podłodze. Czasami przypadkowo możemy aktywować chwycenie na przykład szafy, co sprawi, że cały segment zostanie przesunięty, a z półek pospadają bibeloty – wówczas trzeba to sprzątać (spoiler: nie musimy). Zdarza się także, że trzeba pozbyć się kanapy czy szafek kuchennych. Na szczęście nie musimy męczyć się z nimi na schodach – od czegoś są w końcu okna, prawda?

    Fuszerka nie tylko u majstra

    Stan techniczny gry na premierę nie był może istną fuszerką, ale twórcy ewidentnie przeoczyli kilka poprawek, jak na prawdziwych majstrów przystało. Pamiętam swoje wrażenia z testów rozgrywki kilka miesięcy temu – dziś mam wrażenie, że niektóre błędy nadal są obecne w grze. Podczas zabawy mój przypadek nie obył się bez kilku resetów spowodowanych brakiem pojawienia się istotnych przedmiotów do ukończenia zadania. Szafka po wyłączeniu trybu dopasowywania do ściany potrafiła wylecieć poza mapę, a innym razem gra nie odnotowywała, że ściana została pomalowana perfekcyjnie, mimo, że farba się skończyła – zadanie wciąż nie było zaliczane.

    Z tego powodu tytuł nie zanotował najlepszego startu, a w momencie pisania tego tekstu gra posiada na Steam „mieszaną” średnią ocen. Na pocieszenie można jednak zauważyć, że twórcy gry traktują rozwój swojego dzieła poważnie, a nie jest to kolejny symulator, który zostanie porzucony dwa dni po premierze. Pozostaje mieć nadzieję na kilka poprawek, które uporządkują sytuację – choć strategii brak. Na plus w każdym razie działa dobra optymalizacja, która umożliwia komfortową zabawę na wyższych ustawieniach nawet na nieco starszym sprzęcie. Chociaż drobne lagi zdarzają się po wejściu do nowych lokacji, szybko ustępują.

    Niestety, jedną rzeczą, której nie da się tak po prostu naprawić, jest oprawa graficzna. Prezentuje styl charakterystyczny dla symulatorów, jednak momentami denerwujący jest niski poziom tekstur, nawet w miejscach, gdzie wykonujemy prace remontowe. Rozumiem ich użycie w oddali, ale nie w miejscach, które obserwujemy z bliska.

    Tego majstra da się lubić, mimo wszystko

    Gry Majster Symulator nie da się ocenić bez kontekstu innych symulatorów dostępnych na rynku. Na ich tle gra od Gray2RGB wyróżnia się unikatowym charakterem oraz dużą dawką humoru, mimo korzystania z wielu znanych assetów i technologii. Gra oferuje coś ekstra, nie tylko symuluje profesję, ale także odwzorowuje rzeczywistość, w której została osadzona. To ogromny plus i rzadko zdarzająca się sytuacja w świecie tego rodzaju produkcji. To główny powód, dla którego gra zasługuje na waszą uwagę. Wystarczy dać twórcom trochę czasu na wprowadzenie istotnych poprawek, a będzie to tytuł, który z pewnością dostarczy nam wielu godzin zabawy. Nie jest idealnie, ale w żadnym wypadku nie jest to zły tytuł. Jako klient, akceptuję tę robotę!

    Majster Symulator (PC)



    plusy

    • Humor i realia Polski lat 90.
    • Sporo ciekawych mechanik remontowych
    • Można robić jak u siebie, można robić jak u kogoś
    • Totalny chaos, gdy przestaje nam zależeć na kliencie
    • Niezła cena (69,99 zł)
    • Zadania bywają zróżnicowane


    minusy

    • Liczne bugi
    • Niektóre elementy zabawy zrealizowane po łebkach
    • Oprawa wizualna niekiedy bije po oczach bylejakością
    • Poboczne zlecenia często się powtarzają
    • Nie wiem co myśleć o muzyce AI

    Grę na potrzeby recenzji udostępnił wydawca. Firma nie miała wglądu ani wpływu na treść artykułu przed publikacją.

  • Apple w końcu szykuje solidny powód, by kupić iPhone’a 18 Pro w wersji Max

    Apple w końcu szykuje solidny powód, by kupić iPhone’a 18 Pro w wersji Max

    Jeśli wierzyć najnowszym doniesieniom, większy wariant smartfona z linii Pro może w tym roku pozytywnie zaskoczyć.


    Apple od lat stosuje prostą zasadę: iPhone Pro Max jest większy, ma pojemniejszą baterię, a czasami oferuje dodatkowe możliwości fotograficzne w porównaniu do swojego mniejszego odpowiednika. Jednak najnowsze przecieki sugerują, że w tej generacji różnice między modelami mogą stać się znacznie bardziej zauważalne niż dotychczas. Właśnie ta generacja może wiązać się z ogromną przewagą większego modelu.

    iPhone 18 Pro Max z dużo większą baterią

    Zgodnie z informacjami pochodzącymi z przecieków regulacyjnych, iPhone 18 Pro Max może otrzymać akumulator o pojemności 5567 mAh w wersji e-sim. Dla porównania, iPhone 18 Pro ma korzystać z ogniwa o pojemności około 4288 mAh.

    To interesujący rozwój sytuacji, ponieważ w poprzedniej generacji różnice były znacznie mniejsze. iPhone 17 Pro Max posiadał akumulator o pojemności 5088 mAh, podczas gdy iPhone 17 Pro miał ogniwo 4252 mAh. Oznacza to, że w przypadku iPhone’a 18 Pro Max pojemność baterii mogłaby wzrosnąć o około 10%, podczas gdy w modelu Pro zmiana byłaby minimalna.

    Warto jednak pamiętać, że nie oznacza to automatycznie 10% wydłużenia czasu pracy na jednym ładowaniu. Na rzeczywistą wytrzymałość wpływają również procesor, ekran, modem i optymalizacja systemu.

    Czytaj dalej poniżej


    iPhone Ultra w polskich sklepach? Nie mamy dobrych wiadomości


    Nowy procesor i modem mogą pozytywnie wpłynąć na czas pracy na jednym ładowaniu

    Oba smartfony mają korzystać z układu A20 Pro oraz nowego modemu C2. Ich większa efektywność energetyczna powinna przełożyć się na dłuższy czas działania, niezależnie od pojemności akumulatora. Pro Max może jednak dodatkowo skorzystać z większego ogniwa. Dla osób, które intensywnie korzystają ze smartfona, grają, nagrywają filmy lub często podróżują bez dostępu do ładowarki, może to być jeden z kluczowych powodów, by zainwestować w większy model… o ile, rzecz jasna, nie przeszkadza im większa bryła urządzenia.

    Jeszcze jedna zmiana: aparat

    Apple może również zastosować inną strategię w zakresie fotografii. Jeden z wcześniejszych przecieków sugerował, że system zmiennej przysłony będzie dostępny wyłącznie w iPhone’ie 18 Pro Max. Na razie nie ma jednak żadnego potwierdzenia tej informacji. Warto jednak zwrócić uwagę, że oczekuje się, iż zarówno iPhone 18 Pro, jak i Pro Max, otrzymają istotne ulepszenia w zakresie aparatów. Nie można więc wykluczyć, że Apple ostatecznie zachowa większość możliwości fotograficznych dla obu modeli.

    Pro Max może nareszcie naprawdę oznaczać WIĘCEJ

    Jeśli obecne przecieki się potwierdzą, iPhone 18 Pro Max nie będzie jedynie większym modelem iPhone’a 18 Pro. Pojemniejsza bateria, potencjalnie dodatkowa funkcja aparatu oraz większy ekran mogą stworzyć wyraźniejszy podział między modelami. Na oficjalne informacje będziemy musieli jednak poczekać do premiery. Na ten moment są to dane oparte na przeciekach, dlatego jak zawsze warto podchodzić do nich z pewną dozą ostrożności. Jak będzie w rzeczywistości: przekonamy się już niebawem, ponieważ oficjalnej prezentacji oraz debiutu nowej linii smartfonów Apple spodziewamy się już we wrześniu!

  • Na tę grę czekają miliony: właśnie padła data premiery. Doczeka się też serialu!

    Na tę grę czekają miliony: właśnie padła data premiery. Doczeka się też serialu!

    Fani Kingdom Hearts długo czekali na konkretne informacje dotyczące nadchodzącej czwartej części tej spektakularnej serii. Jednak twórcy w końcu przerwali milczenie, a podczas tegorocznego wydarzenia D23 Square Enix oraz Disney ujawnili kilka ekscytujących nowości.

    Największą niespodzianką okazał się świat inspirowany filmem Pixara „Coco”, ale to nie wszystko, ponieważ podczas imprezy ogłoszono również, że Kingdom Hearts doczeka się adaptacji w formie anime!

    Sora w świecie Coco. Będzie się działo!

    W najnowszym materiale promocyjnym możemy zobaczyć Sorę w Krainie Umarłych, jednej z najbardziej rozpoznawalnych lokacji znanej z animacji „Coco”. Fani są zgodni, że to doskonały wybór dla Kingdom Hearts 4, gdyż motywy związane z pamięcią, śmiercią, rodziną i więziami między światami idealnie wpisują się w tematykę serii. W pokazanym fragmencie możemy dostrzec również bohaterów oraz przeciwników z nowego świata. Warto dodać, że Sora zyska specjalny Keyblade inspirowany filmem „Coco” i całość prezentuje się wyjątkowo intrygująco.

    Jeśli jakoś umknął Wam film „Coco”, wyjaśnię, że opowiada on o Miguelu, który trafia do świata zmarłych podczas Dia de los Muertos. Jest to produkcja, która w piękny sposób przedstawia historię poświęconą rodzinie i pamięci, wzbogaconą niezwykłą muzyką, która pozostaje w pamięci na długo.

    Kingdom Hearts 4: twórcy zdradzają szczegóły na temat daty premiery!

    To jednak nie koniec nowości. Na D23 ujawniono, że Kingdom Hearts 4 zadebiutuje pod koniec 2027 roku. Gra ma być dostępna na konsolach PlayStation 5, Xbox Series X/S, Nintendo Switch 2 oraz na PC. Dokładny dzień premiery nie został jeszcze podany. Oznacza to, że na powrót Sory przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Z drugiej strony, tegoroczna prezentacja sugeruje, że produkcja jest na zaawansowanym etapie, skoro Square Enix odważyło się pokazać konkretne światy i fragmenty rozgrywki. Informacja o potencjalnej dacie premiery, nawet jeśli jest przybliżona, wywołuje pozytywne wrażenie.

    Czytaj dalej poniżej

    Expeditions: Samurai ma zadatki na fenomenalną historię, ale tu jest jeszcze tyle do poprawienia...

    Kingdom Hearts zyska również swoją serię anime!

    Choć o tym, że gra jest w produkcji, wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu, największym zaskoczeniem jest zapowiedź drugiego projektu związanego z serią: serialu animowanego! Projekt powstaje z udziałem Tetsuyi Nomury (twórcy serii) oraz zespołu Square Enix i ma trafić na Disney+ oraz Disney Channel. Na razie nie ujawniono szczegółowych informacji dotyczących fabuły ani daty premiery, jednak Disney zapowiada nową historię, która ma rozszerzyć uniwersum Kingdom Hearts, zachowując jednocześnie znanych bohaterów i elementy z gier wideo.

    Dla serii, która przez lata była wyjątkowym połączeniem gier Square Enix i światów Disneya, jest to znaczący krok. Kingdom Hearts 4 nawiązuje do nowszych filmów Disneya, a całe uniwersum zaczyna wychodzić poza granice gier. Jeśli kolejne zapowiedzi będą równie fascynujące, rok 2027 może stać się jednym z najważniejszych momentów w historii marki. Miejmy nadzieję, że Nomura i jego zespół nie odlecą za daleko w swoim mambo-jumbo…