Bose wraca do przeszłości? Trochę tak, a trochę nie. Przedstawiamy słuchawki, które łączą się za pomocą USB-C z… aktywną redukcją hałasu, eliminując konieczność ładowania akumulatora. Sprzęt czerpie energię z telefonu lub komputera, a obsługę zapewnia tradycyjny panel przycisków na przewodzie.
Takie właśnie są Noise Cancelling Wired Earbuds (sugestywna nazwa, prawda?), stanowiąc spektakularny powrót do przewodowych słuchawek dokanałowych. Uwierzcie mi, poczułem się, jakbym przeniósł się do 2025 roku, lub nawet wcześniej. Ich kluczową cechą jest połączenie aktywnej redukcji hałasu (ANC) z konstrukcją nawiązującą do „starych” czasów, które obecnie powracają do łask. Ożywają trendy neo-retro, które osiągnęły także słuchawki, a Bose podąża tym szlakiem. Wysyłki pierwszych modeli mają rozpocząć się 15 października.
Energia po USB-C
Przewód kończy się wtykiem USB-C, który zastępuje złącze jack 3,5 mm, stające się coraz bardziej egzotycznym w telefonach. Oprócz przesyłania sygnału dźwiękowego do słuchawek, złącze będzie także zasilać układ odpowiedzialny za redukcję hałasu. Energia pochodzi bezpośrednio z podłączonego telefonu, tabletu lub komputera. To eliminuje potrzebę osobnego ładowania słuchawek, jednak w tym czasie nie możemy ładować telefonu. Istnieje możliwość zakupu kompatybilnej przejściówki, co pozwoli na jednoczesną obsługę.
Bose zapewnia, że słuchawki obsługują bezstratny dźwięk z minimalnym opóźnieniem, co jest istotne podczas oglądania filmów i grania. Warto jednak zauważyć, że producenci słuchawek bezprzewodowych rozwiązują ten problem na różne sposoby. Oprócz tego, wyjście audio pracuje ze stałą rozdzielczością 24 bitów i częstotliwością próbkowania 48 kHz. Odsłuch powinien być szczegółowy, czysty i wierny oryginałowi, oczywiście z uwzględnieniem ograniczeń urządzenia przetwarzającego dźwięk.
Cztery mikrofony dla ANC i osobny do rozmów
Za aktywną redukcję hałasu odpowiada technologia QuietControl, która współpracuje z czterema mikrofonami – po dwa w każdej słuchawce. Układ zbiera dźwięki otoczenia i wykorzystuje je do ich ograniczania. Należy jednak pamiętać, że kształt słuchawek, które wkłada się do kanału słuchowego, również ma duży wpływ na efektywność izolacji. Użytkownik ma do wyboru trzy tryby: Quiet, który wycisza otoczenie, Aware, przepuszczający dźwięki, oraz ANC Off, który wyłącza aktywną redukcję, pozwalając poczuć się jak w tradycyjnych słuchawkach bez ANC.

Tryby można przełączać przyciskiem na pilocie umieszczonym na przewodzie, który pozwala również na regulację głośności, odtwarzanie oraz obsługę połączeń. W pilocie znajduje się dodatkowy mikrofon przeznaczony do rozmów, nagrywania notatek głosowych i innych zastosowań. Ma on być na tyle dobry, by zbierać głos bez konieczności podnoszenia go do ust, co było problematyczne w przypadku wielu modeli słuchawek „na kablu”.
Dopasowanie do ucha i odporność na zachlapania
W zestawie znajdują się silikonowe końcówki w trzech rozmiarach oraz skrzydełka stabilizujące w dwóch wariantach. To przyda się zwłaszcza w przypadku aktywności fizycznej, na przykład podczas biegania w tych słuchawkach. Do ich przechowywania służy etui zamykane na suwak. Serio, stare czasy wracają.
Czytaj również: Oto nowe flagowe słuchawki Nothing. Pół internetu z nich się śmieje.
Słuchawki deklarują także klasę odporności IPX4, co oznacza odporność na zachlapania: pot czy deszcz nie powinny wykluczać ich codziennego użytkowania. Lepiej jednak unikać pływania z nimi i to zrozumie każdy użytkownik tego typu sprzętu. Klienci mogą wybierać między wersją czarną, jasną White Smoke oraz limitowaną, miętową Dewdrop Mint. A ile kosztują takie „pchełki”? 99 dolarów, co w Polsce prawdopodobnie przełoży się na około 400 złotych. To kwota rozsądna, jak na słuchawki z ANC, na kablu, działające tak długo, jak długo działa telefon, oferujące dźwięk o gwarantowanej jakości – wszystko to dzięki marce Bose.
